Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shounen-ai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shounen-ai. Pokaż wszystkie posty

10/28/2015

Dwa słowa

Tak naprawdę jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka, gdy wysiadałem na lotnisku w Trento i przesiadałem się w autobus. Nie znając państwa, podziału administracyjnego, języka dotarłem do domu mojej cioci, u której miałem spędzić wakacje. Bo w sumie co taki młodzik jak ja mógł robić całymi dniami? Potrafiłem tylko siedzieć, siedzieć i siedzieć. Bałem się, że koniec końców mój tyłek stanie się nagle dwa razy większy i nikt mnie nie zechce, bo na co komu facet z wielką dupą?
Przez pierwszy tydzień siedziałem z nosem w słowniku, ale nadal nie potrafiłem zrozumieć ani słowa z ich rozmów. Kiedy podsłuchiwałem sąsiadki, siedząc na balkonie, rozpoznawałem tylko pojedyncze słowa takie jak: rano, wieczorem, dobrze, obiad, śniadanie, kolacja i nazwy ubrań. Niejednokrotnie starałem się przemykać przez karty słownika, jednak i to nie skutkowało. Poddałem się w końcu, nie mając ochoty męczyć się na próżno. Wątpiłem w to, bym jeszcze tu wrócił.
Moja ciocia prowadziła kiosk z owocami, dość spory, a klientów zawsze było w bród. Czasami ich obsługiwałem: nazwy produktów do trudnych nie należały, a i liczenie po włosku nie sprawiało mi większych trudności.
Kiedy pojawił się po raz pierwszy, akurat paliłem papierosa, siedząc na krzesełku wpatrzony w malujące się przed moimi oczami góry.
– Mateusz, obsłuż, proszę! – krzyknęła ciocia zza drewnianego budyneczku. Wygasiłem niedopalonego fajka o kawałek kamiennego podłoża, a następnie zerknąłem, czymże to jest tak bardzo zajęta, że nie może zająć się własnym biznesem. Przebierała czerwone ziemniaki (pasta galla, tak dla jasności i przypomnienia słownictwa). Westchnąłem ciężko i poszedłem do okienka.
Stał tam opalony, co najwyżej dwudziestoletni chłopak o dość bujnej, ciemnoblond czuprynie. Patrzył swoimi dużymi, brązowymi, ciepłymi oczami po produktach na wystawie, jednocześnie drapiąc się po łokciu. Wyglądał na dość zmieszanego.
– Salve* – przywitałem się, opierając dłonie na blacie, odpowiedział mi tym samym. – Prego*.
Przygryzł wargę i zaczął mówić coś szybko po włosku. Zrozumiałem tylko „truskawki”, więc zamrugałem kilka razy.
– Non parlo In Italiano*– dodałem, a wtedy przeniósł na mnie wzrok.
Patrzył i patrzył, aż poczułem się niezręcznie. No jeju, ile można patrzeć na jednego człowieka! Przez myśli przechodziły mi różne wersje tego, co mogło zajmować jego głowę. Może byłem brzydki? Albo zastanawiał się, jak ktoś, kto nie mówi po włosku, może pracować w sklepie, w którym mówi się praktycznie zawsze w tym języku (czasem zdarzali się obcokrajowcy)? Albo po prostu zastanawiał się, jak przekazań niemowie, co chce wziąć.
– Tre cestini di fragole* – powiedział w końcu, a ja złapałem trzy pojemniczki truskawek i zapakowałem je zręcznie do białej, papierowej torebki, przyklejając do twarzy szeroki uśmiech. Jakoś musiałem nadrobić brak włoskiego.
– Basta kozi?* – Pokiwał głową. – Quatro euro.
Podał mi banknot (pięć euro), wydałem resztę i znów posłałem mu uśmiech. Wciąż miałem jednak wrażenie, że patrzy na mnie, jakby był głodny.
– Gracie. Arivederci!*
– Gracie! Buona serata!*
Wsiadł do samochodu i tyle go widziałem. Najgorsze jednak, że gdyby nie on, jeszcze co najmniej trzy razy pociągnąłbym papierosa. Tymczasem wypalił się cały, a ja z ciężkim oddechem klapnąłem na swoje zwyczajowe miejsce – krzesełko przed półkami.
– Mógłbyś przebrać maliny? – zawołała znowu ciocia, gdy ledwo zdążyłem przymknąć oczy. – Tylko pamiętaj, równo sto trzydzieści!
– Tak, tak – mruknąłem, biorąc pudełka z małymi, znienawidzonymi przeze mnie owocami i podchodząc do kasy.

~~||~~

Nieznajomy gość od ślicznych oczu, których nie potrafiłem wyrzucić z pamięci, pojawił się również i następnego dnia. I tak samo jak wcześniej wziął trzy pudełeczka truskawek. Szczerze? Wracał cały tydzień i brał truskawki, aż w końcu się skończyły. Kiedy powiedziałem, że ich nie ma, ten spojrzał na mnie, przygryzł wargę, wydając przy tym słodkie mlasknięcie, a następnie zapytał:
– Do you speak English?
– A little – odparłem, mrużąc oczy przed słońcem.
Miał lekki zarost i był dobrze zbudowany – pod białą koszulką rysowały się wyraźne mięśnie, uśmiechał się delikatnie, jakby był zawstydzony.
– What’s your name?
– Mateusz.
– Ma-tie-łsz.
Pokręciłem głową.
– Ma.
– Ma.
– Te.
– Te.
– Łusz.
– Łusz.
– Mateusz.
– Mateus.
Parsknąłem śmiechem, nie mogłem się powstrzymać, no! Nasza krótka wymiana sylab była dość słodka jak na zupełnie obcych sobie ludzi.
– Sz.
– Ś.
– Sz.
– Sz. Mateusz.
– Belissimo! – rzuciłem, klaskając. – Brawo! And what’s your name?
– Pino – odparł szybko, wciąż pozostając w dobrym nastroju. – And I too speak a little English. Where are you from? Poland, right?
– Yeah, I’m from Poland.
Rozmowa zaczęła się kleić. Rozprawialiśmy chwilę o tym, co robię we Włoszech, a potem zaproponował, że może mnie wieczorem, przed dziewiętnastą, oprowadzić po okolicy i jak chcę, to przyjedzie pod kiosk, zostawi samochód i się przejdziemy. Z braku innego zajęcia (a także Internetu…) zgodziłem się.
Zjawił się punktualnie, dlatego oświadczyłem cioci, że się zrywam i wrócę do domu sam. Rozkład pociągów wykułem na pamięć niczym tabliczkę mnożenia w podstawówce, dzięki czemu nie bałem się, że będę zmuszony iść trzy i pół kilometra pieszo. Chociaż z drugiej strony… Taka wyprawa dobrze zrobiłaby na mój rosnący brzuszek. Rodzina zawsze potrafiła zmusić mnie do jedzenia, chociaż zapierałem się rękami i nogami, że nie jestem głodny. Według nich wciskanie w siebie żarcia dawało siłę. Szkoda, że chciałem wrócić do domu dwa razy szczuplejszy, a nie odwrotnie.
Nie mówiliśmy zbyt dużo, ponieważ nasz zasób słownictwa skończył się podczas naszej pierwszej, prawdziwej rozmowy. Tylko spacerowaliśmy, a kiedy Pino mówił „patrz” i pokazywał na coś palcem, zwracałem wzrok w ów kierunku. No i tak minął nam wieczór: niemo, ale bardzo miło. Moim zdaniem; nie wiedziałem, jak czuje się Włoch.
Gdy wróciliśmy z powrotem pod kiosk, wyjąłem telefon i spojrzałem na zegarek. Cyfry obudziły mnie niczym mocne uderzenie w policzek. Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Ostatni pociąg odjechał. Wszystko zwiastowało kolejny spacerek, tym razem w stronę domu. Jęknąłem. Nogi mi odpadały!
Pino przyglądał mi się wciąż i wciąż, próbując zrozumieć, w czym rzecz, a gdy skojarzył sobie fakty, złapał mnie za nadgarstek. Dotyk poraził mnie, poczułem, jak między nami przeszła iskra. Przeżyłem coś takiego pierwszy raz. Ale on jakby tego nie zauważył, po prostu spokojnie przeprowadził mnie na drugą stronę samochodu i wepchnął na miejsce pasażera, uśmiechając się i pokazując równe, białe zęby. Sam zasiadł za kierownicą i kazał wskazywać drogę.
Trochę się kręciliśmy, ale koniec końców bezpiecznie dojechaliśmy do mieszkania cioci, chichocząc niczym napalone nastolatki, a przecież byliśmy dorosłymi facetami! Cóż, nieznajomość wspólnego języka to dość rzadka sytuacja.
– I like you, Mateusz.
Szczerze? Wmurowało mnie w fotel. Słońce już schowało się za wysokimi górami i zapadał zmrok. Nikogo nie było dookoła, żadnej żywej duszy prócz nas! W oknach paliły się światła. A on złapał moją rękę, splótł nasze palce. Nie mogłem uwierzyć w to, jak bardzo nasze dłonie do siebie pasowały.
– Maybe I love you… – dodał już ciszej.
Nie, przecież on mnie nie znał. Nic o mnie nie wiedział. Rozmawiał ze mną po raz pierwszy. Nigdy nie wierzyłem w miłość od pierwszego wejrzenia, ale musiałem przyznać, że i on mi się podobał. Że też wśród milionów obywateli Włoch musiałem trafić właśnie na takiego, który okazał się gejem! Po ostatnim związku nie chciałem niczego poważnego, a właśnie to odczytałem w oczach Pino. No i… Dzieliło nas ponad tysiąc kilometrów.
Ja nie powiedziałem nic, działałem hormonami, nie mózgiem, więc po prostu go pocałowałem. Ale on, o dziwo, wcale mnie nie odtrącił, wręcz przeciwnie: przyciągnął mnie bliżej, odpinając pasy bezpieczeństwa. Błądził palcami po moim policzku, szyi, karku, a ja wzdychałem prosto w jego usta. Czułem się… dobrze, na miejscu, jakbym powinien tu, w jego objęciach, zostać już na zawsze.
Jednak wiedziałem, że wszystko skończy się źle, dlatego oderwałem się i zawstydzony odwróciłem wzrok. Nie powinienem go całować, jednak bycie głupim dzieckiem zwykle kończyło się nieprzemyślanymi czynami.
Odetchnąłem, po czym jeszcze musnąłem ustami jego czoło i opuściłem samochód, machając mu na dobranoc. Odgłos odjeżdżającego auta usłyszałem dopiero wtedy, gdy oparłem się plecami o wewnętrzną stronę drzwi.
Mateusz, coś ty narobił!

~~||~~

Przez kolejny tydzień spotykaliśmy się każdego wieczoru. Ciocia opowiedziała mi trochę o jego rodzinie; o tym, że nigdy nie mógł odpędzić się od urodziwych dziewcząt. Zastanawiałem się, dlaczego wybrał mnie – niezbyt przystojnego przedstawiciela płci brzydkiej, skoro miał lasek na pęczki. Nie chciałem ulec pięknym słowom i czułym pocałunkom tylko po to, by w końcu się ze mną przespał i porzucił samemu sobie jeszcze tej samej nocy. Ale chciałem mu ufać.
I ufałem. Źle czy dobrze? Nie wiedziałem.
Kiedy zaprosił mnie w niedzielę na obiad do swojej rodziny, ba, jeszcze po mnie przyjechał!, gdzie poznałem jego rodziców, zaczynałem wierzyć, że może jednak myśli o mnie poważnie.
Zostałem u niego na noc. Mieszkał sam z matką i ojcem, jego starsze rodzeństwo dawno się wyprowadziło. Kiedy więc wieczorem zaczął dobierać się do mojego rozporka, jednocześnie przykładając palec do ust, co miało mi uświadomić, iż powinienem być raczej cicho, pozwoliłem mu na to. Nie, to jeszcze nie był seks, ale podobało mi się równie bardzo. Tak samo jak dobrze mi było, gdy czułem jego palce na swojej męskości. Każdy jego dotyk był delikatny; zastanawiałem się: dlaczego traktuje mnie jak jedyną w swoim rodzaju porcelanową filiżankę? Czy byłem aż tak ważny?
Być może.
Lipiec uciekł niczym piasek przez palce, pozostawiając za sobą tylko smak czułych pocałunków, błogiego dotyku i opaleniznę. Musiałem przyznać, że gdybym siedział w Polsce, nigdy bym się tak nie opalił. Ale w sumie nie było mi aż tak źle z ciemniejszym odcieniem skóry. Brakowało mi tylko dredów i mógłbym udawać mulata-rapera.
Nasz związek kwitł. Każdego dnia spotykaliśmy się i jeździliśmy wokół Trento, dzięki czemu udało mi się zrobić mnóstwo niesamowitych zdjęć. Pino śmiał się, kiedy kucałem i skakałem wokół jednego przedmiotu, np. fontanny, aby złapać jak najlepsze ujęcie. Śmiałem się razem z nim, wiedząc, że to naprawdę musi wyglądać zabawnie i dziwnie jednocześnie. Lecz cóż. Gdy człowiek się wprawi, nie zwraca uwagi na otaczający go świat, tylko patrzy, co udało mu się złapać w obiektywie.
Zostały dwa dni do mojego wyjazdu, kiedy to zaprosił mnie do swojego domu. Jego rodziców nie było, wszędzie panowała cisza, zasunięto zasłony, pogaszono światła, panował przyjemny półmrok. Pocałował mnie, najpierw delikatnie i czule, potem namiętnie i z siłą. Kiedy wylądowałem na łóżku, wiedziałem, co się święci. Ale nie chciałem, by przerywał. Czułem jego dłonie na swojej skórze, przyjemne ciepło ogarniało moje ciało. Jęczałem jak głupi, oddychałem szybko i płytko. Ale było cholernie przyjemnie. Gdybym miał porównywać wcześniejsze stosunki do tego, nie byłoby mu równych.
Przyjechał, by się ze mną pożegnać. Wysiadł z samochodu, a ja zarzuciłem mu ręce na szyję. Prawie się rozpłakałem, kiedy pogłaskał mnie po plecach. Czy ja… Czy ja miałem go już nigdy nie zobaczyć? Już nigdy-nigdy? Rok to dużo czasu. Za dużo jak na związek bez czułości i dotyku.
To właśnie tu, na podjeździe pod obskurnym hotelem, przy autokarze, kończyło się moje najlepsze lato. Żegnałem człowieka, w którym zakochałem się, ponieważ jego czyny, nie słowa, dotknęły mojego serca.
– Te Amo – wyszeptał mi do ucha. – Kocham cię.
Jego drugie polskie słowo po moim imieniu. Miłosne wyznanie po polsku. Musiał długo się przygotowywać, ponieważ słyszałem, jak zaciągnął „ę”. Objąłem go jeszcze mocniej.
– Kocham cię – powtórzył.
– Ja też cię kocham – powiedziałem nieco głośniej. – I nie chcę wyjeżdżać. Tak bardzo nie chcę.
– Don’t worry. I will visit you, I promise.
I jak powiedział, tak zrobił. Przyjechał po dwóch miesiącach. I został już na zawsze.

*Salve – dzień dobry bez względu na porę dnia.
*Prego – proszę.
* Non parlo in Italiano – nie mówię po włosku.
* Tre cestini di fragole – trzy pojemniczki truskawek.
*Basta kozi? – Czy to wszystko?
*Quatro euro. – Cztery euro.
*Gracie. Arivederci! – Dziękuję, do widzenia!

*Gracie! Buona serata! – Dziękuję, miłego popołudnia/wieczoru.

Zamówienie dla Pina Colady. c:

6/03/2015

Struna


Czerwiec, 2001r.
— Rinda!
Rinda, wbrew pozorom, nie był dziewczynką. Nie był, nigdy być nią nie chciał i raczej patrzył zdegustowany na panienki w sukienkach. Niestety, jego mama pochodziła z Łotwy i uparła się, by nadać jej synowi imię w jej rodowitym języku. I tak Rinda stał się Rindą, czyli Struną. Dlaczego właśnie struna? Miała ona dla obojga rodziców symboliczne znaczenie, ponieważ poznali się w sklepie muzycznym akurat przy stoisku ze strunami.
Ileż to chłopiec musiał się nacierpieć, zanim przylgnęło do niego Rin. W Polsce wszystkie dzieci nosiły takie pospolite imiona... W przedszkolu musiał spędzać czas z trzema aż Alicjami, dwiema Karolinami oraz czteroma Marcinami. Czasami, kiedy nauczycielka zwracała się tylko imieniem, cała czwórka podnosiła się z krzeseł, a potem patrzyli po sobie posępnie.
Rinda był jednak Rindą i nikt go nigdy z nikim nie podzielił.
Chłopiec spotkał swojego najlepszego przyjaciela w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Dobrze pamiętał, jak Daniel dosiadł się do jego stolika i zapytał, czy może pożyczyć twarzową kredkę. Rinda oczywiście się zgodził, uśmiechną się nawet, co do tamtej chwili zdarzało się dość rzadko.
Daniel wyglądał jak każde inne dziecko — nosił niebiesko-zielony plecak z Kubusiem Puchatkiem, często miał poczochrane włosy, ale w jego oczach zawsze czaiła się iskierka optymizmu, która wówczas udzieliła się Rindzie. To właśnie Daniel zaproponował, by zwracać się do Łotysza skrótem. Przyjął się on bardzo szybko.
I to właśnie Daniel wołał Rindę.
Chłopiec spojrzał na roześmianego przyjaciela ciemnymi oczami, które odziedziczył po ojcu. Zielona żaba zwisała tuż przed jego nosem i wlepiała w niego swoje ślepia. Zmarszczył brwi.
— Fu — skomentował, cofając się o krok. — Wyrzuć ją.
— Nie bądź dziewczyński, to tylko żaba. — Daniel podsunął płaza niebezpiecznie blisko Rindy.
— Ej, no, nasika na mnie!
Łąkę, na której spędzali to słoneczne, czerwcowe popołudnie, porastała bujna trawa. Sięgała chłopcom do bioder. Po ostatnich, obfitych deszczach wszystko rozmiękło, więc dzieciaki brodziły kaloszami w błocie, brudząc się i bawiąc w najlepsze.
— Żaby nie sikają.
— Sikają! Tata mi powiedział.
W oddali zamuczała czyjaś krowa, na co obaj wybuchnęli śmiechem, po czym zaczęli naśladować jej odgłosy. Daniel wyrzucił żabę, dzięki czemu Rinda odetchnął z ulgą. Oślizgłe stworzenia budziły w nim niemałą odrazę.
— Muuu.
— Muuu.
Biegali dookoła, śmiejąc się i mucząc. Ale jak to dzieci. Siedmiolatki rzadko kiedy przejmowały się życiem dorosłych.

Grudzień, 2007r.
Śnieżne płatki powoli zlatywały z nieba, tańcząc przy tym angielskiego walca, by po chwili przysiąść na czerwonej czapce i zniknąć na zawsze. Rinde, wsuwając ciut przydługie (nie przepadał za fryzjerami), czekoladowe pasma za szalik, dostał śnieżką w twarz.
Otrzepał się ze śniegu, ulepił kulkę i ruszył w pogoń za swoim rozgrywkowym wrogiem. Zaczaił się za drzewem, wymierzył, a następnie trafił prosto w tyłek.
— Niech ci dupa zamarznie! — krzykną za Danielem, sam robiąc unik.
Lekcje się już skończyły i większość dzieciaków biegała teraz po placu, obrzucając się śniegiem, wywracając się na ziemię, krzycząc i bluzgając na prawo i lewo.
— Rinda! — krzyknął ktoś, a gdy chłopiec się odwrócił, dostał w twarz.
— Zemszczę się!
Potyczka trwała aż do zmroku. Kościelny zegar wybił szesnastą. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej.
Miodowe włosy wysunęły się spod czerwonej czapki.
— Odprowadzić cię? — zaproponował Daniel, kiedy już znaleźli się na rozwidleniu dróg i każdy musiał iść w swoją stronę.
Rinda nie wiedział o rodzinie przyjaciela nic. To raczej on przyjmował gości, ponieważ rodzice — przeklęci muzycy — nieczęsto bywali w progach swojego mieszkania, odkąd Rinda skończył jedenaście lat. Matka zostawiała obiad w mikofalówce i radź sobie sam, synku, jesteś już duży. Ileż to razy chciał złapać matkę za rękaw i powiedzieć, by została, bo ma już dość odgrzewanego jedzenia, cichych wieczorów i nocy wypełnionych brzdękiem gitar.
— Nie, dam sobie radę — odpowiedział, choć bardzo chciał, aby Daniel do niego poszedł, został na herbacie. Mogliby razem pograć w planszówki, powygłupiać się albo podręczyć opasłego kocura sąsiadki, który często siadał na nieswoim podjeździe.
Chłopiec zrobił krok do przodu.
  W takim razie do jutra! —  Daniel uśmiechnął się, wcale nie będąc złym, po czym pomachał na pożegnanie.
  Do jutra! —  Rinda odwzajemnił gest.
I obaj ruszyli swoimi drogami. Wcale nie różnili się tak bardzo, jak mogłoby się spodziewać. Ale Daniel nie chciał zdradzać Rinowi, że gdy wraca do domu, musi usiąść przed pianinem i grać, aż jego matka nie uzna, iż utwór wyszedł zadowalająco.
— Pieprzeni znawcy się znaleźli — mruknął pod nosem na myśl o kolejnych nutach.
Niejednokrotnie palce drętwiały mu od wysiłku, niejednokrotnie musiał znosić wrzaski, ale co mógł zrobić? Przecież nie uciekłby z domu. Musiał to przetrwać. Znajomość z Rindą bardzo mu pomagała.
  Wróciłem —  oświadczył markotnie miodowowłosy, wkraczając do kuchni.
Jego matka, blondynka o orzechowo-zielonych oczach, postawiła przed nim talerz z obiadem. Jak zwykle ubrała ciemną sukienkę, jakby ten kolor zajmował całą szafę, choć Daniel wiedział, że posiadała piękne, kwieciste kreacje.
Nie powiedziała nic na jego niemal półtoragodzinne spóźnienie. Wszystko prócz muzyki traktowała z przymrużeniem oka. Liczyło się tylko pianino.
Wszystko zaczęło się od śmierci ojca chłopaka. Pani Niedzyńska wpadła w depresję. Ale nie, nie udała się do lekarza specjalisty po pomoc, stwierdziła, że uda się jej wyjść z obsesji. Słono się jednak pomyliła. Zaczęła widzieć w swoim synu męża, pianistę. Zaczęła wymagać niemożliwego, zatrudniała nauczycieli, stawiała surowe zasady. Daniel m u s i a ł nauczyć się czytać z nut i płynnie grać w ciągu miesiąca, kiedy miał ledwie osiem lat. Niemożliwe? A jednak się udało. Po tym wszystkim już nigdy szczerze nie uśmiechał się, słysząc muzykę. Wolał ciszę, spokój. Dlatego tak bardzo lubił odwiedzać Rindę. Tam nikt nigdy nie grał.
Chłopiec zjadł obiad, ledwo przełykając kawałki kurczaka. Wiedział, że dziś nie skończy zbyt wcześnie.

Luty, 2010r.
Wspaniały, dwupiętrowy tort. Tylko dla nich dwojga. No, trojga, ponieważ tym razem ojciec Rindy raczył pojawić się w domu. Matki jednak znów nie było.
Szesnaste urodziny powinno obchodzić się jak najlepiej. Po pierwsze: mieć przy sobie najlepszego przyjaciela. Po drugie: szeroko się uśmiechać. Po trzecie: zjeść cały tort jednego wieczoru.
Chłopcy spełnili już dwa pierwsze warunki, teraz właśnie zabierali się za realizację trzeciego i aż oblizywali usta na myśl o słodyczy, jaka zaraz wypełni ich usta.
— Dobra, poradzicie sobie, prawda? — zapytał ojciec, patrząc raźnymi, ciemnymi oczami. Daniel i Rin pokiwali głowami. — W porządku. Daniel, wątpię byście poszli dzisiaj spać, ale w razie potrzeby masz wolną kanapę w salonie. Rinda wie, gdzie znaleźć czystą pościel.
— Tato, nic się nie martw, jestem już dużym chłopcem. — Mówiąc to, chciał wygonić ojca z domu, by jak najszybciej zostać sam na sam z przyjacielem.
Kiedyś kazałby mu zostać, ale nie teraz, kiedy nauczył się, że w rzeczywistości nie może liczyć na rodziców.
Mężczyzna pokręcił głową, złożył upokarzający pocałunek na czole syna (zawsze był czulszy niż jego żona), po czym wyszedł, trzaskając drzwiami, ponieważ nie miał czasu, by przystanąć i cicho je zamknąć.
Przez okno Rinda obserwował, jak samochód odjeżdża. Odszedł jednak dopiero, gdy zniknął za oddalonym o kilometr zakrętem. Uśmiechnął się pod nosem i odwrócił do Daniela.
 — To na co masz ochotę najpierw? — zapytał brązowowłosy. Jego miodowe włosy z czasów szkoły podstawowych bardzo szybko ciemniały. Za szybko. Szatyn zastanawiał się, czy zmiana ta nie jest przypadkiem wywołana farbowaniem.
— Otwórzmy prezenty.
Zabrawszy tort i dwie łyżeczki, udali się na górę, do sypialni Rindy. Na łóżku leżały trzy duże, owinięte ozdobnym papierem paczki. Pierwsza była od rodziców. Po otwarciu na jubilata spoglądała piękna, czarna, akustyczna gitara. Przytulił ją mocno, a potem ułożył na kolanie i zagrał kilka dźwięków. Okazała się jednak rozstrojona, mógł się tego spodziewać.
Odkąd zaczął gimnazjum i pogodził się z faktem, że jego rodzice to zawodowi muzycy i nie będą mu poświęcać tyle czasu, ile inni rodzice swoim pociechom, postanowił pójść w ich ślady. I zakochał się w gitarze. Sam nauczył się grać — najpierw korzystał ze sprzętu matki, potem z ojca, czasem zakradał się do szkolnej kanciapy muzycznej. Teraz jednak miał swoją pierwszą, własną gitarę i zamierzał zrobić z niej użytek.
Drugim prezentem był koc od babci i dwie butelki czerwonego wina od dziadka, który co roku powtarzał, jaki to Rinda jest dojrzały. Musiał pomylić roczniki i stwierdzić, że wnuk kończy osiemnaście lat.
Daniel spojrzał na trunek, wymownie poruszając brwiami. Za twoje zdrowie, dziadku, pomyślał Rin.
Trzecią paczkę dostał od Daniela i to ona stanowiła największą zagadkę. Szatyn spojrzał teraz w oczy swojego najlepszego przyjaciela, tak piękne, ciepłe, przyjacielskie i nieco zmarkotniał. Trwał ich ostatni wspólny rok. We wrześniu każdy miał pójść w swoją stronę, zostawić za sobą przeszłość, uśmiechać się do obcych ludzi i zaskarbiać sobie nową przyjaźń.
Rinda nie wiedział, jak sobie poradzi. Znał Daniela zbyt dobrze. Zdołał poznać wszystkie jego tajemnice, choć niektóre wymagały dogłębnego spojrzenia w jego życie, zarwane noce, a nawet podkradanie się pod dom przyjaciela. Nauczył go, że muzyka wcale nie rani, tchnął w niego nowe życie i miłość do rocka.
— Wszystkiego najlepszego!
Nim Rinda zdążył nacieszyć oczy najnowszą płytą i koszulką swojego ulubionego zespołu, został popchnięty na łóżko. Usta Daniela odnalazły jego wargi i złączyły się w pocałunku.
Jak długo trwał ich związek, jak lubił nazywać to Daniel? Rin nie pamiętał. Ich pierwsze czułe gesty zaczęły się już w pierwszej klasie gimnazjum, ale były tak naturalne, że żaden z nich nawet nie pomyślałby, że doprowadzą do czegoś takiego.
— Straćmy dzisiaj cnotę — wyszeptał Daniel Rindzie, łaskocząc skórę pod uchem ciepłym oddechem. Szatyn oblał się rumieńcem, na szczęście niewidocznym w przyćmionym świetle lampki. — Tak bardzo cię kocham...
Rin wiedział, prze przyjaciel mówi prawdę. Ale się bał. Bardzo się bał. Nigdy sobie nawet nie wyobrażał, że pocałuje chłopaka, a co dopiero pójdzie z nim do łóżka! Internet mówił zbyt wiele jak na jego wciąż niedojrzały umysł i wyłączał każdą stronę, która proponowała filmy lub zdjęcia. Kochał jednak Daniela i chciał, by ten był szczęśliwy.
— Tylko bądź delikatny — wyjęczał między pocałunkami.

Lipiec, 2015r.
Czarne, mocno wycieniowane włosy ułożone w fikuśny sposób, ciemne ubranie, wiecznie niezadowolony wzrok. Ktoś, kto znał kiedyś Rindę, nie dojrzałby w nim tego dawnego, świetlanego chłopca. Nie teraz, gdy jego twarz zdobiły kolczyki, a glany zostawiały na sklepowej podłodze błotne ślady.
Muzyk skierował się w stronę stoisk ze strunami. Stwierdził, że czas je w końcu wymienić.
Po sklepie kręciło się kilkoro dzieciaków. Oglądali gitary, skrzypce, flety poprzeczne. W ich oczach wszystko było takie piękne. Rinda doskonale to wiedział, sam przechodził ten stan, gdy zaczynał grać w zespole. Jednak po dwóch latach zdążył do wszystkiego przywyknąć.
Przy strunach kręcił się normalnie ubrany facet. Facet? Nie, Rin nie mógł go tak nazwać, musiał być w jego wieku. Na biodrach zwisały mu ciemne jeansy kontrastujące z białą bluzką. Młody dorosły nie wyglądał też nadzwyczaj oryginalnie. Ot, jasne, wygolone po bokach włosy i niby grzywka opadająca lekko na bok. Rinda widywał setki takich jak on na ulicach.
A jednak kiedy zatrzymał się przed stoiskiem, przyjrzał mu się dokładnie. Miał poharatane palce i ledwie widoczną bliznę na policzku, tuż obok ucha.
Czyli normalny nastolatek. A jednak zdawało mu się, że znał tę ranę.
Nie chcąc wyjść na niegrzecznego, odwrócił wzrok.
— Widzę, że szybko wyrzuciłeś mnie z pamięci — mruknął ciężki, męski głos. Rinda spojrzał zdziwiony na klienta. — Nie sądziłem, że nie rozpoznasz mnie na ulicy, Rin. — Obcy zaakcentował skrót bardzo dobitnie, po czym przeniósł swoje bystre oczy na twarz starego przyjaciela.
— Daniel?
Rinda nie spodziewał się, że go spotka. Już dawno przestał żyć nadzieją, że jasnowłosy wróci z Anglii. Tak, matka Daniela wysłała go za granicę, by tam uczył się gry na pianinie. Zrozpaczony wówczas Łotysz zerwał z przyjacielem kontakt, by zaleczyć złamane serce. Teraz jednak, patrząc w dojrzałą twarz Daniela dostrzegł, jak bardzo się mylił.
— Zabolało, kiedy twoi rodzice oznajmili, że wyjechałeś. Specjalnie postawiłem się matce, a ty... Zniknąłeś. Przez swoją decyzję zniszczyłem więź z rodziną, musiałem nauczyć się żyć sam. — Pokręcił głową. — Ale nie jestem na ciebie zły. Najwyraźniej tak musiało być.
— Daniel! — Przy stoisku zjawił się kolejny chłopak, wysoki, z czarnymi, krótkimi włosami. Uśmiechał się szeroko w stronę pianisty.
— Kuba. — Daniel odwzajemnił gest. — Poznaj Rindę, mojego przyjaciela z czasów szkolnych. Rinda, poznaj Kubę, mojego chłopaka.
Rin uniósł kąciki ust w nikłym, nieszczerym uśmiechu.

Listopad, 2017r.
W restauracji przygaszono lampy, jedynym źródłem światła były zapalone na stolikach świeczki. Na ustawionym na scenie krzesełku usiadł Daniel. Uśmiechnął się do widowni, po czym oparł czarną, akustyczną gitarę na kolanie. Gdyby nie dawna przyjaźń, z całą pewnością jeździłby teraz po świecie i dawał koncerty, grając na pianinie. On jednak nigdy nie lubił uderzać w klawisze. Odkąd zakochał się w pociąganiu strun, żaden inny instrument nie grał roli.
— Cześć, dobry wieczór wszystkim — powiedział do mikrofonu, rozglądając się po ledwo widocznych twarzach zebranych. Nie przeszkadzało mu, że śpiewał do kotleta, dopóki dostawał głośne owacje. — Chciałbym powitać was w naszych skromnych progach oraz urozmaicić państwu dzisiejszy wieczór piosenką prosto z serca. — Brzmiał tak szczerze, tak lekko i ciepło, że nawet największy buntownik przeniósłby wzrok w jego stronę. — Pierwszą piosenkę chciałbym zadedykować mojej Strunie. Przyjacielowi, który pokazał mi, że muzyka nie rani, a przynosi ukojenie. Gdyby nie on, nie siedziałbym tutaj z wami.
Gdy zaczął grać, umilkły nawet najcichsze szepty. Palce Daniela zgrabnie przeskakiwały z akordu na akord, przyzwyczajone już do strun opuszki muskały je delikatnie.
A w najbardziej odległym rogu sali, odgrodzony od wszystkich kwiecistym parawanem, siedział Rinda ubrany w garnitur. I słuchał, zajadając się karpatką.   


Zamówienie dla Pina Colady. Mam nadzieję, że wyszło całkiem w porządku. .w. Mnie pisało się go całkiem przyjemne, tematyka w sam raz. Niby opowiadanie jest takie wyrwane z kontekstu, ale zawiera całkiem fajną historię.

5/26/2015

Gra w podchody



Wiatr wprawiał w ruch zieloną flagę, która marszczyła się z każdym podmuchem i poruszała nisko rosnącymi liśćmi, jednocześnie zdradzając miejsce położenia kryjówki. Nick przeklął cicho, a następnie ugryzł się w język, ponieważ wiedział, że każdy, nawet najcichszy dźwięk może doprowadzić do przegranej.
W Ash Dale podchody rządziły się innymi zasadami niż te znane przez resztę dzieciaków z różnych stron świata. W zabawie nieprawdziwych nie używano ani kredy, ani patyków, ani kartek, które wskazywałyby kierunek albo wyznaczały ścieżkę do celu. Nie, oni bawili się inaczej.
Po pierwsze: dyskwalifikacja za użycie magicznych zdolności. Nie wolno było latać, zmieniać się w zwierzęta, rzucać uroków czy szantażować leśne zwierzęta. Polegało się na własnych umiejętnościach, nie magii.
Po drugie: zero tropienia. Wilkołaki i zmiennokształtni dostali od losu wyczulony węch, lecz na czas tego typu zadań odbierano im zdolność rozróżniania zapachów, co w lesie okazywało się zarówno zaletą jak i wadą.
Po trzecie: w razie potrzeby można było zerwać swoją flagę i uciekać, ale wystarczyło jedno spojrzenie przeciwnika i gra zostawała przesądzona. Wygrywał ten, kto najdłużej pozostawał niewidoczny.
Słońce już dawno schowało się za horyzontem i leśną gęstwinę oświetlał tylko nikły blask srebrnej tarczy księżyca, choć nawet to nie sprawiało, iż Nick wśród traw czuł się bezpiecznie. Nie przepadał za tego typu grami, jednak obiecał bratu, że w końcu pokaże na co go stać, a nigdy nie złamał danego słowa. I tak właśnie wylądował w parze z Julianem Foxem – chłopcem, do którego jednocześnie coś czuł, lecz odrzucała go każda myśl na ten temat. Julian bowiem nie był kimś, z kim dało się przeprowadzić przyjazną konwersację niezbaczającą na dziwny, nawet jak na nieprawdziwych, temat. Zdawało się, że białowłosy nigdy nie odczuwał wstydu, a słowa opuszczające jego usta zawsze wyrażały prawdę.
Nick wiercił się niespokojnie, przyglądając pełzającym, brązowym robakom. Chciały wspiąć się na dłoń chłopaka, lecz gwałtownie ją odsunął, tym samym uderzając delikatnie w głowę Juliana. Gdy tylko poczuł końce jego włosów muskające skórę, na policzki zmiennokształtnego czarownika wpłynął rumieniec. Ukrył twarz w trawie, szybko zabierając ręce i układając je pod brzuchem. Oczami wyobraźni widział rozdrażnione, złote oczy lisiego partnera.
Leżeli w ciszy, próbując oddychać najciszej, jak tylko potrafili, nie wzbudzając przy tym niepewności leśnych stworzeń, które wyczuwając pobratymców w opałach, zbiegłyby się, by okazać pomoc. W tym właśnie zwierzęta zawsze różniły się od ludzi – bezinteresownie pomagały słabszym osobnikom.
Noc nadchodziła coraz szybciej i otulała wszystko wilgotnym, pachnącym deszczem mrokiem. Chłopcy wybrali dość znane miejsce, wiedząc, że nikt nie będzie szukał grupy w tak oczywistym położeniu. „Najciemniej jest zawsze pod latarnią”, rzucił Julian, wyjaśniając strategię. Mimo wszystko polana nie należała do najprzyjemniejszych. Gęsta, wysoka trawa ograniczała widoczność, mrówki maszerowały gęsiego w stronę mrowiska, a oni wciąż się ukrywali. Podchody nieprawdziwych potrafiły trwać nawet kilka dni.
– Jesteś głodny? – Nick odwrócił się gwałtownie, słysząc głos białowłosego tuż przy uchu. Skończyło się to zderzeniem głów obu chłopców oraz głuchym, ledwie dosłyszalnym jęknięciem Juliana. – Uważaj, co robisz! – Choć Nick spodziewał się wrogości i niezadowolenia migoczącego wśród złota tęczówek, otrzymał rozbawienie zmieszane z troską. – Jeśli nas zdradzisz, osobiście  cię ukażę.
Nick przełkną ślinę i już otwierał usta, aby coś powiedzieć, kiedy zmiennokształtny włożył mu w nie czekoladowego batona z orzechami. Brązowowłosy, mrużąc oczy, zacisnął zęby, odgryzając kawałek słodkiej przekąski. Julian odpowiedział mu uśmiechem, a następnie sam wgryzł się zębami w orzechy.
Buziak na odległość, pomyślał Nick i aż się zawstydził, że taka rzecz przyszła mu do głowy. I to w takiej chwili! Pokręcił głową, próbując pozbyć się sprzed oczu obrazu ich dwójki splecionej we wspólnym pocałunku.
Julian ściągnął brwi, wysyłając nieme pytanie. „Coś nie tak?” Nick odpowiedział, kręcąc głową i powoli przeżuwając batonika.
Znów nastała chwila ciszy i oczekiwana, tym razem przerwana przez nadchodzące postaci. Zbliżały się powolnym, leniwym krokiem przepełnionym pewnością siebie. Leśna grupa myślała, że wygraną mają w garści.
Nick zareagował szybciej od lisa, a że jego ciemne włosy nie odznaczały się tak na tle leśnej gęstwiny, zerwał się na równe nogi i złapał kijek z zawieszoną na niej zieloną flagą. Omal nie poślizgnął się na zaroszonej trawie, przed upadkiem uratował go Julian. W następnej chwili biegli ramię w ramię, chcąc zgubić nadchodzącą drużynę.
Oczywiście dokonali tego w zaledwie kilka minut, a następnie chichrali się cicho, by nie zwrócić jeszcze większej uwagi zwierząt. Potem Jul opadł na trawę. Oparł się o pień rosłego rębu i chwilę przyglądał się twarzy Nicka – jako zmiennokształtny posiadał niesamowity wzrok, podobnie jego towarzysz, i nawet zaklęcia nie potrafiły stłumić owego zmysłu.
– Nick, nienawidzisz mnie? – Głos Juliana brzmiał delikatnie, niczym dźwięk harfy. Rozchodził się w powietrzu jak zapach perfum i dotykał uszu.
Ciemnowłosy nie odpowiedział. Spuścił za to głowę i zaczął wydłubywać czubkiem buta dołek w ziemi. Powstrzymywał się od spojrzenia w stronę swojego partnera. Kłótnie tylko sprawiłaby, że wszystko poszłoby dwa razy gorzej, zaczęłyby się wrzaski, które doprowadziłyby do nich konkurencyjne drużyny.
– Nick, chcę prawdy – dodał z naciskiem białowłosy, mrużąc złoto-zielone oczy. – Nawet, jeśli zaboli.
– Prawda zawsze boli, czy tego chcesz czy nie – wyszeptał, próbując zatrzymać mrówkę. – Jeśli nie jej adresata, to odbiorcę.
– Bredzisz.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym, by moje słowa okazały się kłamstwem.
Nick zamarł w bezruchu. Zbyt dużo czasu spędził z osobą, którą jednocześnie chciał uderzyć i pocałować. Czy gdyby jednak otrzymał wybór: ważniejsza okazałaby się nienawiść czy zauroczenie? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
Julian podniósł się z ziemi i stanął naprzeciw chłopca, tym samym zmuszając go do uniesienia głowy. Oczy zmiennokształtnych spotkały się na ułamek sekundy, potem Nick postanowił znaleźć inny, co prawda mniej piękny i ciekawy, obiekt do obserwacji.
– Odsuń się – wymamrotał kot, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
– Czyli jednak mnie nienawidzisz? – W głosie Juliana pojawiła się nutka niezadowolenia pomieszana z rezygnacją. Cofnął się i omiótł spojrzeniem twarz Nicka wykrzywioną w niezadowoleniu. – Chyba skończyliśmy  grę… Oddajmy tę przeklętą flagę i miejmy to za sobą.
Białowłosy zaczął zdejmować materiał z kijka, a kiedy uporał się z tuzinem pinezek, rzucił niepotrzebny kawałek drewna w krzaki. Posłał ostatnie spojrzenie w stronę marnie wyglądającego towarzysza, a następnie, wzruszywszy ramionami, ruszył przed siebie. Nie zamierzał przejmować się kimś, kto po prostu miał go w głębokim poważaniu.
Nick nie mógł jednak tak po prostu odejść, gdy nadarzyła się do wyznania prawdy. Choć w pierwszych chwilach przepełniał go strach i niepewność, wziął się w końcu w garść. Nabrał w płuca sporą ilość powietrza, by po chwili dogonić Juliana i złapać go za nadgarstek.
– Nie nienawidzę cię – wydusił z siebie. Na te słowa Jul otworzył usta i odwrócił głowę w stronę zgiętego w pół Nicka. – Tak naprawdę to nigdy cię nie nienawidziłem, po prostu jestem pieprzonym tchórzem. – Jul obserwował, jak chłopak zaciska wolną dłoń w pięść. – Jestem tchórzem i ciężko mi przyznać, co czuję. Nawet przed samym sobą próbuję zataić prawdę, a innym nawet nie uchylam rąbka tajemnicy. Ale mam już dość! Dość tej pajęczej sieci, w której się znalazłem. Julian, ja…
Nick wyprostował się, chcąc wypowiedzieć najważniejsze słowa w swoim życiu z godną postawą, wtedy jednak białowłosy zmiennokształtny ujął jego twarz w dłonie i pocałował, zanim chłopak prowadzący monolog zdołał się odsunąć.
Pierwszą reakcją był szok i szeroko otwarte oczy, potem Nick zmrużył powieki i odwzajemnił gest, zarzucając Julianowi ręce na szyję. Jako że był wyższy, nie sprawiło mu trudności przyciągnięcie do siebie lisa. Jednak po zaledwie kilku sekundach to Jul przejął inicjatywę i Nick jęknął, czując na wardze zęby towarzysza.
Chłopak odsunął się powoli na bezpieczną odległość. Tylko dzięki kurtynie nocy Jul nie był w stanie dostrzec rumieńców na policzkach starszego. Mimo to i tak był zadowolony z efektów. Nigdy nie sądził, że Nick okaże się taki uległy, w jego wyobraźni zwykł dominować, a tymczasem w rzeczywistości role rozdano zupełnie inaczej.
– Etto…
– No…
Przez chwilę panowała cisza, a chłopcy spoglądali na siebie.
– Nick…
– Tak?
– Od dzisiaj jesteś mój, pamiętaj o tym – rzucił Julian, splatając palce ich dłoni. – Nie oddam cię nikomu.
Nick przełknął ślinę i nieświadomie pokiwał głową, zgadzając się jednocześnie na najwspanialszą oraz najbardziej irytującą część swojego życia.



 Julian i Nick są drugoplanowymi bohaterami moich dwóch opowiadań pisanych pod pseudonimem Elisabeth An Livest: Normalną być! i (Nie)banalnej historii. Nie ma o nich oddzielnego opowiadania, a jedynie krótkie shoty, które napisałam ponad rok temu.