Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

7/19/2015

Lot Ikara #1


~~Dzień pierwszy~~
Południe

Anioły. Już jako dziecko dowiedziałam się, że zanikają wśród drastycznie rosnącej populacji ludzkości. Że nie przypominają biblijnych stworzeń niosących dobro. Nie wszystkie były piękne. Nie wszystkie posiadały talent. Niektóre już dawno dorosły. Inne wciąż pozostawały dziećmi. Jedne wciąż się uśmiechały, drugie przyprawiały o dreszcze.
W jaki sposób się o tym dowiedziałam? Bo byłam jedną z nich.
Nie zostałam aniołem w jakiś magiczny sposób. Nie spadłam z nieba, nic mnie nie ugryzło, nie umarłam. Po prostu się urodziłam, a gdy miałam cztery latka, stary, wielki kruk ostatkiem swych sił przyniósł mi niewielki, czarny kamyk na ciemnym rzemyku, który z czasem zaczął kształtem przypominać żyletkę. Zapukał dziobem w okno, zostawił podarek na parapecie, a potem odleciał. Widziałam jeszcze, jak zniża się coraz bardziej i bardziej ku jezdni. Kiedy spadł na asfalt, rozjechała go ciężarówka .
Naszyjnik nie był super ozdobny, ale bardzo mi się spodobał. Zaczęłam go nosić. I przez kolejne cztery lata nic się nie działo, żyłam w nieświadomości, że mogę latać.
Prawdę odkryłam w ósme urodziny. Koleżanki mnie wystawiły i żadna z nich nie pojawiła się na przyjęciu. Rozpłakana zamknęłam się w swoim pokoju. I płakałam, płakałam i płakałam. Kiedy w pewnym momencie wyrwało mi się „chcę latać”, przeszedł mnie dreszcz. I znów ryczałam. Tyle że z bólu, nie żalu.
Kiedy wyżynały mi się skrzydła, myślałam, że umieram. Moja mama myślała po prostu, że nie mogę znieść rozczarowania, dlatego tak krzyczę i płaczę. Uważała mnie za rozpieszczonego dzieciaka podobnie jak dziewczyny z klasy. Tylko czy ja rzeczywiście taka byłam?
Kiedy rozpłakana, rozczochrana i wyczerpana spojrzałam na krew na pościeli, zerwałam się czym prędzej z łóżka i pognałam do mamy. Rodzicielka spojrzała na mnie z przestrachem, a potem przytuliła do piersi i wyszeptała „wszystko będzie dobrze”.  Tak właśnie dostałam skrzydła.
Nie chciały schować się przez calutki tydzień! Ale że były malutkie, niespecjalnie mi przeszkadzały. Zniknęły dopiero wtedy, gdy powiedziałam w myślach „koniec lotu”. Nie sądziłam, że to może być tak proste.
Po roku zyskałam towarzysza swej niedoli - kruka. Przyleciał pewnego kwietniowego popołudnia, przysiadł na stole w ogrodzie i patrzył na mnie swoimi czarnymi ślepiami. Nie odszedł. Został. Nazwałam go Len.
Minęło dziesięć lat. A ja nauczyłam się, że anioły wcale nie są takie super, jak wszyscy myślą.
Po pierwsze – moje skrzydła zabijały. Może nie bezpośrednio, ale zabijały. Kiedy dotknął ich człowiek w chorobie, objawy znikały. Od razu. Istniał jednak pewien haczyk... Nawrót pojawiał się po dwóch tygodniach ze zdwojoną siłą i nawet zwykłe przeziębienie mogło zakończyć się zapaleniem płuc i wizytą w szpitalu. Po drugie – anioły uważały się za lepsze. A przynajmniej te, które miałam okazję poznać. W pewnym momencie cały świat poznał o nas prawdę i nikogo już nie dziwił lecący nad miastem jegomość. To dało mi jednak jeszcze jeden powód do ukrywania prawdy.
Po trzecie – anioły uwielbiały kłamać. Nikt nie chciał powiedzieć mi, dlaczego moje skrzydła są tak szkodliwe. Każdy odwracał kota ogonem. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje dziewczęce łapki.
Na Ziemi w jednym czasie może żyć jedynie jedenaście anielskich stworzeń. Zapytasz dlaczego? To proste: to kamienie dawały nam skrzydła, a to ich liczba była ograniczona. Każdy anioł posiadał swego towarzysza – w moim przypadku był to kruk Len – którzy po naszej śmierci mieli za zadanie dostarczyć kamień do następnej osoby. Potem sami umierali.
Nie wiem dlaczego przypomniałam sobie cały ten proces, akurat stojąc z walizką przed... willą należącą do najbardziej liczącej się anielicy, pewnej Polki o imieniu Katarzyna. Nie potrafiłam poprawnie wymówić tego słowa, ale nie wychodziło mi to aż tak tragicznie jak Himi - Japonce, z którą zaprzyjaźniłam się w Internecie.
Katarzyna postanowiła zorganizować tydzień integracyjny dla wszystkich jedenastu aniołów. Podano mi adres, datę i informację o tym, że obowiązywać będzie język angielski. I tak oto znalazłam się w Walii - bardzo malowniczym kraju, tak swoją drogą. Nie miałam pojęcia, jak wygląda większa część naszej anielskiej „elity”, właśnie dlatego bardzo sceptycznie podchodziłam do tego pomysłu. Koniec końców zostałam przegadana przez mamę.
Nacisnęłam dzwonek do drzwi. Nie musiałam długo czekać, nim w drzwiach pojawiła się piękna kobieta wyglądająca na dwudziestolatkę. Burza kasztanowych włosów okalała jej twarz, a ładne, brązowe oczy błyszczały dzięki przebijającym się przez chmury promykom słońca.
— Witaj! Jesteś Lisette, prawda? — zaświergotała. Zmarszczyłam brwi, odurzona słodyczą jej głosu, po czym pokiwałam głową. — Jestem Katarzyna. — Jej piękny, angielski głos kontrastował z wymową polskiego imienia. — Mów mi jednak Kate, polskie słowa są dość trudne w wymowie.
Poczułam się lekko wyobcowana. Nie pasowałam do tego całego środowiska. Wystrój domu, panujący ład i porządek... Stojąc obok elegancko ubranej Polki, czułam się nieatrakcyjna w swoich ulubionych dżinsowych spodenkach i koszuli w kratę. Ale kto by się tam tym przejmował?
Nim Katarzyna zamknęła drzwi, do środka wleciał Len. Zakrakał i usiadł mi na ramieniu, wbijając ślepia we właścicielkę domu.
– Och, to twój towarzysz? — wypowiedziała słowa z lekką odrazą. Zauważyłam, że ptak wywołał w niej nieprzyjemne uczucia. — Jest dość... ciekawy. Ja mam kocura. Na imię mu Xavery.
— To Len. — Skinęłam głową na kruka. — Jest już ktoś?
— Czekamy jeszcze tylko na ostatnią osobę.
Och, czyli jednak nie byłam pierwsza.
Korytarz willi wyłożono kremową wykładziną, jednak Kate pozwoliła mi nie zdejmować butów. Zresztą, przyleciałam tu na skrzydłach, nie było mowy o błocie na podeszwach. Walizkę zostawiłam pod drzwiami, a po chwili, gdy się odwróciłam, zniknęła. Zmarszczyłam tylko brwi i pozwoliłam się prowadzić.
Wystrój tego domu na pewno budził zachwyt w bogatych, rozpieszczonych paniczykach. Kryształowe żyrandole, śnieżnobiałe ściany. Gdyby zobaczyła je moja młodsza siostra, wyciągnęłaby kredki i zaczęła tworzyć swoje małe dzieła sztuki. Może byłoby to lepszym wyjściem, ta sztywność nieco mnie przytłaczała. Wiedziałam, że dziecko wychowane w niewielkim mieszkanku nie odnajdzie się w miejscu, na które wydano kupę szmalu.
Salon (również utrzymany w jasnych kolorach, tym razem pudrowych) okupowało osiem osób.  I dziesięć zwierząt, jeśli wdajemy się w szczegóły. Wszystkie pary oczu zwróciły się ku mnie. Przełknęłam ślinę. Wiedziałam, że teraz mnie oceniają. Wiedziałam, że zastanawiają się, czy jestem godna, by zamienić z nimi chociaż słowo. Mojej sytuacji wcale nie poprawiała sceptyczna mina, która wykwitła wraz z przekroczeniem progu. Wcale nie powinno mnie tu być. Tylko czy teraz miałam jakikolwiek wybór?
— Cześć, Lisette! — wykrzyczał ktoś i zaraz po chwili zostałam przytulona przez kupkę ciemnoróżowych włosów. Moje oczy napotkały czarne, pierzaste skrzydła. Piękne skrzydła. — Jestem Renfri.
Anioły nie nosiły nazwisk. Kiedy stawałeś się aniołem, musiałeś je całkiem odrzucić. Mogliśmy co najwyżej przyjąć różne pseudonimy.
— Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy! — Słodziutki głosik należał do niewysokiej, ale też niespecjalnie niskiej panienki. Miała na sobie ciemną spódniczkę, jakiś fioletowy top, a na szyi zawiązaną czerwoną wstążkę ze złotym serduszkiem. Domyśliłam się, że jest jej skrzydlatym naszyjnikiem.
— Ja też —odparłam, zmuszając się do uśmiechu. Tak naprawdę nie było szans, byśmy się polubiły.
— Lis! — Himi stanęła tuż przy moim boku. Jej uścisk odwzajemniłam. Poznałyśmy się w Internecie i bardzo zbliżyłyśmy przez ostatnie dwa tygodnie.
Himi w niczym nie przypominała Japonki. No, może odrobinę przez swoje skośne oczy. Zakochała się w czerni i stała się przedstawicielką gotyckiego stylu. Oprócz jednego, maleńkiego szczegółu, którym był złoty skowronek na łańcuszku.
— Jak tam podróż? — zapytała, prowadząc mnie na jedną z kanap. Dostrzegłam kątem oka niezadowolenie na twarzy właścicielki mieszkania. Domyśliłam się, że Katarzyna poczuła się odrzucona przez niepoświęcenie jej odpowiedniej ilości uwagi.
— A jaka mogła być? Znasz wielkość moich skrzydeł, mogę latać na nich naprawdę szybko. — Rozmawiałam z nią lekko, nie zmuszając się do miłego tonu.
— Chciałabym je zobaczyć na żywo, dotknąć ich… Są naprawdę piękne — przyznała.
Moje skrzydła nie działały na anioły. Ba, żadna anielska zdolność nie działa na kogoś, kto nosił naszyjnik. Dopóki nosił. Wystarczyło go zdjąć, by ponownie stać się zwykłym człowiekiem. Jednak uczucie rozpostartych skrzydeł, wiatru we włosach czy kłębiącej się wewnątrz energii było tak przyjemne, że nikt nawet o tym nie myślał.
Sześć bezimiennych na tę chwilę osób wciąż patrzyło na mnie swoimi ślepiami.
— Pokaż nam swoje skrzydła, co, Lisette? — Powiedział to bordowowłosy chłopak. Tylko… Który? W pierwszym momencie nie wiedziałam, o co chodzi, dopóki nie zorientowałam się, że mam do czynienia z bliźniakami. — Jestem Thomas. — Dojrzałam niebieską łezkę na szyi.
— A ja Arthur! — zawtórował mu brat, szczerząc zęby. Biała łezka.
— Nie wiem, czy jest co pokazywać —przyznałam. — Skrzydła jak skrzydła.
— Ponoć twoje są największe i najpiękniejsze. Jak również najbardziej zabójcze. — W zielonych oczach niziutkiej, białowłosej dziewczynki, do której należały owe słowa, czaiła się ciekawość.
— Nie rozpostrę skrzydeł — fuknęłam.
Znów widziałam pogardę. Nie lubiłam swojej zdolności, tym bardziej nie przepadałam za pokazywaniem skrzydeł, wiedząc, że ktoś może ich przypadkiem dotknąć. Nawet jeśli ten ktoś był aniołem. Nie chodziło o sam fakt fałszywego szczęścia, które dawały, a o to, że za każdym razem przechodził mnie dreszcz. Jedenaście lat ze skrzydłami, a ja wciąż nie przyzwyczaiłam się do obcego dotyku. Był wręcz obrzydzający.
Na szczęście moją niespecjalnie kolorową sytuację przerwał ostatni, wyczekiwany przez wszystkich anioł.
— Puść mnie, kobieto! —krzyknął. Jego głos nie brzmiał przyjemnie. Zaraz potem w drzwiach pojawił się nietrzeźwy jegomość.
Musiał podtrzymywać się ściany, by ustać na nogach. Długie włosy koloru krówkowych cukierków związał w kucyk, a przydługa grzywka zasłaniała mu lewe oko. Wyglądał na nieźle schlanego. W jego oczach malował się obłęd i chęć zabawy. A na szyi nosił czarną obrożę ze złotą kłódką. Przez chwilę myślałam, co może symbolizować skrzydlaty naszyjnik tego chłopaka, ale przerwała mi Katarzyna.
— Poznajcie Leona — powiedziała słodkim do bólu głosem. — W tej chwili jest trochę niedysponowany, ale zaszczyci was swą obecnością już wieczorem.
— Pieprz się — rzucił w jej stronę. Nie mogłam nie uśmiechnąć się pod nosem, choć wszyscy inni wciągnęli powietrze, dziwiąc się jego zachowaniem.
Czy oni naprawdę nie wiedzieli, jak zachowuje się pijany człowiek i jak trzeba z nim postępować? Rozumiałam, że nie każdy był w mojej sytuacji i nie oglądał swojego nietrzeźwego ojca każdego wieczoru, ale istniały puby, bary… Większość zgromadzonych aniołów wyglądała na pełnoletnie. Dlaczego więc wyglądali na tak zaskoczonych?
Nie potrafiłam znieść dłużej ich mazgajstwa. Podniosłam się, po czym bez ogródek podeszłam do Leona i zabrałam mu butelkę. Pozostało w niej zaledwie dwa łyki trunku. Przytknęłam ją więc do ust i opróżniłam, patrząc mu prosto w oczy.
— A teraz grzecznie przespacerujesz się do pokoju i wytrzeźwiejesz, inaczej przez tydzień nie dostaniesz ani kropli — prychnęłam mu prosto w twarz, marszcząc brwi. Nauczyłam się, że delikatność nic nie daje w takich sytuacjach, trzeba człowieka podstawić pod ścianą. A jeśli ktoś jest uzależniony… Szantaż działa za każdym razem.
— Dobra, dobra, wyluzuj — rzucił z odrazą (czego mogłam się spodziewać?), ale odwrócił się i poszedł za Polką. Zdążyłam jeszcze dojrzeć psa wlokącego się za nimi. Miał smutek w ślepiach.
— Jak udało ci się zmusić Leona? Użyłaś jakiejś nowej zdolności? — Znów ta sama, niziutka, białowłosa dziewczynka.
 Już chciała się zbliżać i wypytywać o wszystko, gdy do salonu wleciał Len. Zatrzepotał ogromnymi, czarnymi skrzydłami, strasząc zielonooką, po czym wylądował na moim ramieniu. Musieliśmy razem wyglądać dość nietypowo.
Nie odpowiedziałam na zadane wcześniej pytanie. Po prostu podążyłam szukać spokojnego miejsca do spędzenia najbliższych siedmiu dni.

Wieczór

Kazano mi zjawić się na kolacji, dlatego też opuściłam swoją bezpieczną kryjówkę i zeszłam na dół. Wcześniej udało mi się usłyszeć parę rozmów, więc dowiedziałam się co nieco. Nie, żebym podsłuchiwała.
Renfri, ta różowowłosa, która przytuliła mnie na samym początku, była popularną gwiazdą pop. Większość nastolatków za nią szalała, a biorąc pod uwagę anielskość, osoby wierzące (uważające anioły za Boży dar) również przekonywały się do prezentowanych przez nią utworów. Poza tym miała tylko piętnaście lat.
Ta upierdliwa białowłosa nosiła imię Beyalind i potrafiła oddychać pod wodą oraz porozumiewać się z morskimi stworzeniami. Wyobraziłam sobie ją jedzącą owoce morza. Ciekawe, czy była tak wielkim dzieckiem, że próbowałaby zacząć rozmowę z martwym krabem…
Tak jakby wykrakałam, ponieważ na drugie danie podano homara.
Przy stole o pokaźnych rozmiarach zmieściłoby się co najmniej dwadzieścia osób, choć ustawiono jedynie jedenaście krzeseł. Tylko dziesięć z nich było zajętych, Leon się nie pojawił. Przeczuwałam, że tak będzie. Najgorsze jednak okazało się to, że choć należał do nas, aniołów, nikt nie zapytał o jego stan. No tak, w ich oczach jawił się jako alkoholik, a nie ktoś wart uwagi. Sam też bałam się odezwać, by nie przyciągać jeszcze bardziej niemiłych spojrzeń. I tak wyszłam na odludka, chowając się przed światem.
Mogłam się jednak dokładnie wszystkim przyjrzeć.
Po mojej lewej siedziała Himi. Jak zwykle przyodziała swoją gotycką oprawkę, choć uśmiechała się do wszystkich serdecznie, dając znać, że tylko z zewnątrz wygląda jak ktoś, kto niesie śmierć i złe wieści. Jej oczy lśniły dzięki soczewkom i białemu światłu rzucanemu przez ozdobne, kryształowe lampy. A między obojczykami wisiał złoty skowronek. Dziewczyna miała naprawdę wdzięczny głos, choć w tej kwestii mały ptaszek nie miał nic do rzeczy. Żeby usłyszeć skowronka, trzeba wstać wcześnie rano, mówi się, że trudno go znaleźć. I właśnie tego dotyczyła zawieszka – Himi potrafiła stać się niewidzialna.
Dalej, tuż za Japonką jakąś dziwną zupą zajadała się Renfri. Jej ciemnoróżowe kosmyki prawię wpadały do głębokiego talerza, dlatego też wolałam nosić kucyk i nie potrafiłam zrozumieć dziewcząt o rozpuszczonych włosach. Szczerze? Czerwona kokarda ani trochę nie pasowała do fioletowej sukienki z rozcięciami na plecach. Cóż, przynajmniej schowała skrzydła. No i zastanawiałam się, jaką to zdolność skrywa w sobie małe, złote serduszko.
Arthur i Thomas siedzieli nader blisko siebie i znów ledwie dostrzegałam między nimi różnice. Naprawdę wyglądali identycznie! Na szczęście dzięki rozpiętym koszulom widziałam różnokolorowe łezki, co pozwalało na ich rozróżnienie. Chyba że co rusz wymieniali się skrzydłami, wtedy rodził się problem. Naprawdę nie chciałam się pomylić w trakcie rozmowy, wyszłabym na niegrzeczną i nieuważną, a przecież wcale taka nie byłam. No, mniejsza o to. Bliźniacy zajadali się daniem schludniej niż Renfri. Szeptali co chwila do siebie.
Po drugiej stronie stołu, naprzeciw mnie, siedział mężczyzna o blond włosach i nieznanym mi imieniu. Wyglądał na zamyślonego, ale gdy tylko sprzedał Beyalind (która notabene zajęła miejsce obok niego) gwiazdorski uśmiech, moje wcześniejsze plany dotyczące zamiany z nim kilku zdań odrzuciłam daleko za siebie, co by ich już nigdy nie zobaczyć. Ludzie tego typu cholernie mnie irytowali. Wyczuwalna w powietrzu wyższość nad innymi zatykała płuca i stawałam się oziębła. Może i nie był złym chłopakiem, ale ten hollywoodzki styl zdecydowanie odrzucał.
A ponoć nie ocenia się książki po okładce, co, Lisette?, zgromiłam się w myślach, biorąc w końcu za jedzenie.
Beyalind. Mała, słodka, białowłosa dziewczyna z zielonymi oczkami. Już pomijam fakt, że biegała po domu Katarzyny w jednoczęściowym stroju kąpielowym i białej, sięgającej kolan koszuli, która przypominała kitel, ona po prostu zachowywała się niezwykle swobodnie. Wyglądała na młodszą od Renfri, a spoglądała na co najmniej dziesięć lat starszego blondyna, mrugając długimi, jasnymi rzęsami. Gdyby zobaczyła to moja mama, ułożyłaby ręce na biodrach, zmrużyła oczy, po czym wygłosiła przydługie kazanie na temat tego, o czym powinno się myśleć w jej wieku. Chyba odziedziczyłam to po niej.
Pozostały jeszcze dwie ciemnowłose i ciemnookie dziewczęta, które siedziały po przeciwnych krańcach stołu. Z tymże jedna z nich wyglądała na Azjatkę, a druga na Afroamerykankę.
Azjatka co chwilę poprawiała zsuwające się jej z nosa okulary w czerwonych oprawkach, a wolną ręką trzymała zawieszkę w kształcie krzyżyka. Znów naszła mnie myśl, czego dotyczyć może anielska umiejętność tej dziewczyny, ale nie miałam ochoty zapytać. Poza tym panienka wyglądała niemrawo i dość normalnie – szary sweter, czerwona kokarda podtrzymująca długie, czarne włosy związane w kucyk. No i miała kolczyki pasujące do naszyjnika. Taka niczym nie wyróżniająca się nastolatka, dziewczę o dobrym sercu, które pomoże, kiedy tego potrzebujesz.
Afroamerykanka za to jako nieliczna miała grzywkę ściętą na prosto z dłuższymi bokami, a tył ścięty na chłopca. Ubrana w granatową marynarkę i białą koszulę wyglądała jak na jakimś spotkaniu biznesowym. Przez kołnierzyk nie mogłam dostrzec zawieszki. Ale uśmiechała się przyjemnie, rozmawiając z Katarzyną.
A Katarzyna siedziała z wyrazem satysfakcji widocznym na pięknej, iście anielskiej twarzy, zajadając się kolejnymi daniami, co jakiś czas zamieniając kilka słów z gośćmi. Na mnie nie raczyła nawet spojrzeć. Ciekawe, co jej takiego zrobiłam? Może była zazdrosna o sławę, jaką przyniósł mi dar? Może. Szkoda, że żadne z nas nie miało na to większego wpływu. Chyba że Panna Idealna znalazła inny powód do złości.
Jedzenie w takiej totalnej ciszy zdawało się przygnębiające. Chciałam się do kogoś odezwać, ale oznaczałoby to zawarcie przyjaźni, a ja naprawdę nie chciałam bratać się z innymi aniołami. Wydawało mi się, że zwykłych mieszkańców miast mają w głębokim poważaniu, siebie uważając za lepszych. Ja, która szanowała ludzi, nie potrafiłabym obcować z tak pustymi istotami.
Tak, nie ocenia się książki po okładce, ale ich postawa świadczyła o poświadczeniu wyższości nad innymi.
Naprawdę do nich nie pasowałam.
— Lisette. — Głos Himi wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam w jej sztucznie srebrne oczy, powracając do rzeczywistości. — Pytałam, czy pójdziesz z nami polatać.
Latać. Z jednej strony moje skrzydła rwały się do tego, by poczuć zimne powietrze, z drugiej nie wiedziałam, czy moje zdolności nie zrobią nikomu krzywdy. No i… One były wielkie. Większe, niż u innych, wyczuwałam to. I rosły z każdym odebranym życiem. Karmiły się śmiercią. Bałam się, że gdy któreś z nich ogarnięte fascynacją muśnie je choć palcem… Nie chciałam, by komuś stała się krzywda.
— Przepraszam, ale dzisiaj spasuję. — Uśmiechnęłam się nieszczerze. — Moje skrzydła nie są przyzwyczajone do przemierzania tak długich dystansów i wciąż niemal czuję opór powietrza. — Wymówka nieprawdziwa, ale dość wiarygodna, aby dziewczyny pokiwały głowami ze zrozumieniem. Wszystkie oprócz Katarzyny. — Położę się wcześniej spać. Jeśli jutro zechcecie znów latać, potowarzyszę wam.
— W porządku. — Himi poklepała mnie po ramieniu, po czym podniosła się. Dopiero wtedy zorientowałam się, że jako jedyna wciąż siedzę przy stole. Wstałam powoli, odkładając chusteczkę z kolan na talerz. — Do zobaczenia rano.
Dziewięć osób podreptało radośnie w stronę tarasu. Polka odwróciła się z gracją i uśmiechem żmii.
— Dobranoc, Lisette.
A niech Ci mucha wleci do nosa, pomyślałam, mrużąc oczu.
Wcale nie zamierzałam iść spać.
Gdy tylko przestałam wyczuwać obecność aniołów (wciąż wyczuwałam gdzieś Leona, ale jakoś niespecjalnie mnie interesował), zaczęłam szukać kuchni. Żyłam nadzieją, że znajdę gdzieś masło orzechowe. Miałam na nie tak wielką ochotę, że na samą myśl ślinka naciekła mi do ust.
Drzwi znalazłam na piętrze niżej. Duże, białe, z napisem „kuchnia” w złotym kolorze. Oblizałam usta. Nacisnęłam klamkę i pociągnęłam drzwi do siebie.
Szkoda, że ktoś wychodził, przez co poleciałam do tyłu. Prawie się wywróciłam, złapałam równowagę w ostatniej chwili, szeroko otwierając oczy.
— Ach, to tylko ty — rzucił karmelowowłosy anioł, który kilka godzin wcześniej narobił rabanu w salonie.
— Ta, tylko „ja” — odparłam niemiło. Śmierdział piwskiem.
— Jak masz w ogóle na imię? — Oparł się niedbale o ścianę, ściskając w ręku słoiczek. Słoiczek masła orzechowego.
— Lisette. — Podsłodziłam nieco swój głos, by nie brzmieć jak ostatnia pokraka.
— Niemka. — Teraz się uśmiechnął, szczerze. — To miłe, wiedzieć, że nie muszę cały czas mówić po angielsku.  — Zmienił język na niemiecki i brzmiał o wiele naturalniej. — Może i jest wszystkim znany, ale naprawdę go nie lubię. No i czasem ciężko mi dobierać w nim słowa — przyznał dość nieśmiało, uciekając wzrokiem w bok. — Nie jesteś ze wszystkimi? Chyba poszli latać, tak mi się zdaje. Wiesz, po alkoholu moje anielskie zmysły są trochę przygłuszone…
— Nie, nie miałam ochoty — przerwałam mu. — Miałam iść do swojego pokoju, ale nagle zachciało mi się masła orzechowego i…
Leon spojrzał na trzymany przez siebie słoiczek, potem na mnie i nagle na jego twarzy wykwitło zrozumienie.
— Och. Jak chcesz, to ci je oddam — zaoferował.
— Podzielimy się.
Już po chwili siedzieliśmy na korytarzy, opierając plecy o ścianę, łyżeczkami wyjadając krem. Istny raj dla podniebienia. Okazało się, że gdy Leon był trzeźwy, miło się z nim rozmawiało. No i rozmawiało po niemiecku! Miał trochę racji, ciągłe mówienie po angielsku, a także analizowanie w nim słów potrafiło doprowadzić do bólu głowy.
Muszę też przyznać, że nie przypuszczałam, iż wśród aniołów spotkam kogoś, z kim można normalnie porozmawiać.
— Dlaczego pijesz? — zapytałam w pewnym momencie, patrząc na niego sennie.
— Po co ci to wiedzieć, hm?
— Chcę tylko zrozumieć. Dopóki tego nie pojmę, będę oceniać cię przez pryzmat zwykłych alkoholików.
Westchnął, kręcąc głową.
— Żeby zapomnieć. Moja zdolność ukazuje się wtedy, kiedy nie powinna i bierze nade mną kontrolę. Kiedy jestem pod wpływem alkoholu, nie zwracam uwagi na to, czy jestem aniołem czy nie. Po prostu jestem. I wiem, to głupie, mógłbym zdjąć swój naszyjnik i byłoby po sprawie. Ale pewnie wiesz, jak człowiek czuje się pusty, tracąc skrzydła.
— Najgorsze uczucie na świecie — przyznałam.
— Dokładnie. A przywiązywanie uczuć innych do rzeczy materialnych… To nie jest dobre.
— Ale wśród aniołów nie musisz się hamować, na nas to i tak nie podziała — zauważyłam.
— Może i nie, ale dzisiaj nie przebywałem tylko z wami. Poza tym… Przez kilka sekund trzymałem Katarzynę w swoich ryzach, wiesz? Już miała się odwrócić i dać mi spokój, kiedy oprzytomniała. Zrobiłem to akurat specjalnie, ale podziałało. — Pokręcił głową, wbijając wzrok w ziemię. — Wiesz, boję się, że nasze pokolenie jest zbyt słabe, by być odpornym na uroki.
To tylko pogorszyło moje obawy. I już wtedy sobie obiecałam: nie rozpostrę skrzydeł przez okrągły tydzień. Przecierpię to. Dla dobra innych. Muszę.


~~Koniec części pierwszej~~

Cześć, cześć! Mamy niedzielę, jest kilka minut po północy, ale cóż poradzę, musiałam to dodać, musiałam. Po prostu. Taka wewnętrzna potrzeba.
Opowiadanie miało być one-shotem, ale będzie sześcioczęściową historią, także mam nadzieję, że nie zanudzę i pokażę, jak postrzegam anioły. .w. Przynajmniej te moje.
Za betę serdecznie dziękuję Sparkle'owi, który poświęcił swój cenny czas i poddał tekst dokładniej analizie. Dzięki niemu nie ma już chyba żadnych błędów. Chyba że zrobiłam jakieś przy okazji. xD
Pozdrawiam ciepło. .w.

7/08/2015

Mając skrzydła, możesz wszystko


Laura siedziała przy wysokim stole i stukała palcami o idealnie wyczyszczony blat, przyglądając się, jak jej pięcioletni syn – Christian – pałaszuje tosta z serem. Niewielkie okruszki spadały na podłogę, lecz chłopczyk się tym nie przejmował.
Chris nie przypominał jej wyglądem. Czarne, lśniące włosy oraz niebieskie, iskrzące dziecięcą ciekawością oczy odziedziczył po ojcu. Za to osobowość miał Laury. Dobroć, którą było widać w każdym jego słowie, nazywano czasem anielską dobrocią, co nie odbiegało daleko od prawdy.
– Christianie – powiedziała Laura, a chłopiec przeniósł swoje duże, błękitne oczy na matkę. Podziwiał idealne rysy twarzy, jasne, upięte w kok włosy oraz ciepły uśmiech. – Będę musiała wyjść na trochę, a niania dziś się nie zjawi. Zostaniesz sam na godzinkę?
Chris przechylił głowę, ugryzł tosta, po czym pokiwał na znak zgody, przeżuwając z otwartymi ustami. Kobieta przewróciła oczami. Jej syn zachowywał się co najmniej lekceważąco oraz niechlujnie, ale czyż nie takie są dzieci? Czy to wilkołaki, czy to demony, czy to anioły, czy to ludzie – wszystkie zawsze zachowywały się tak samo.
Chris zsunął się z wysokiego stołka, tłustymi rączkami wymachując na prawo i lewo. Potem podbiegł do ogromnej, szklanej ściany willi i przyglądał się wzgórzom. Czasami bywał tam z niańką, jednakże nie pozwalano mu na zabawy. Zawsze chciał sturlać się w dół po stromych wzniesieniach, lecz wszyscy wokół twierdzili, iż to niebezpieczne. Chris jednak ich nie pojmował. Co może być niebezpiecznego i zagrażającego życiu w zabawie na świeżym powietrzu? Dla chłopca liczyła się wtedy tylko dobra rozrywka.
– W porządku, ja wychodzę – oświadczyła Laura, podchodząc do syna i całując go w policzek. Chłopiec zmierzwił jasne włosy matki, po czym uśmiechnął się tak uroczo, jak potrafią tylko dzieci. – Nie baw się gazem ani ostrymi przedmiotami. Wtedy dostaniesz nagrodę.
I jak to powiedziała, już jej nie było. Chris zawsze się zastanawiał, dlaczego dorośli tak często znikają. Albo nie nadążają za biegającymi wokół dziećmi, albo są zbyt zapracowani na krótką chwilę przerwy. Christian stwierdził, że nie chce dorastać, że dobrze mu tak, jak jest. 
Czarnowłosy rozłożył ręce i zaczął biegać dookoła, udając samolot. Przez parskanie obślinił sobie połowę twarzy, lecz czym jest ślina w porównaniu z dobrą zabawą? Niczym. Chris „poleciał” w stronę swojego pokoju i „wylądował” dopiero na swoim łóżku. Położył się na plecach i wpatrywał w pomalowany na granatowo sufit usiany żółtymi gwiazdkami. Imitacja nocnego nieba. Wydawała mu się w tamtym czasie taka piękna, taka cudna! Wywoływała w końcu zazdrość kolegów.
Chris wstał, podszedł do szafki i wyjął z niej kolorową książkę. Był to „Czerwony Kapturek”. Chłopiec chwycił w drugą rękę misia, a następnie usadowił się wygodnie w fotelu pełnym miękkich koców. Posadził misia na swoich kolanach, po czym otworzył ilustrowaną książeczkę, którą znał niemal na pamięć.
– Wiesz, misiu, to jest Czerwony Kapturek. To dziewczynka, jak moja mama – przemawiał Chris do misia, wskazując rysunek ubranej na czerwono dziewczyny. – Ale Kapturek jest ode mnie tylko trochę starszy, a mama ode mnie o dużo! – Chris przełożył kartkę i wskazał na kolejną ilustrację. – Misiu, to jest mama Kapturka. Jest bardzo dobra, ale ja wolę swoją mamę. Ciekawe, czy się znały. – Chłopiec znów przeszedł do następnego rysunku.
I tak oto Chris opowiedział pluszakowi z pamięci całą historię Czerwonego Kapturka, ubarwiając ją nieco w co ważniejszych scenach, aby miś zapamiętał bajkę na dobre. Choć minęło sporo czasu, Laura wciąż nie wracała.
Chris poczuł się swobodniej, nie będąc obserwowanym i postanowił dostać się na dach willi. 
Chłopiec wbiegł schodami na najwyższe piętro, znów udając samolot. Z jego twarzyczki wciąż nie schodził uśmiech. A kiedy stanął pod wysokimi, szklanymi drzwiami mimowolnie poszerzył go i pokazał mleczne zęby. 
Chris podskoczył i sięgnął klamki dopiero za ósmym, może dziewiątym razem. Jednak dzieciak ten, mimo swojej strachliwej osobowości, posiadał niezwykły upór. 
W twarz Chrisa uderzyło świeże, letnie powietrze. Poczuł zapach skoszonej przez ogrodników trawy. Promienie słońca głaskały go po twarzy niczym piórka. Zacisnął dłonie w piąsteczki i wyszedł na dach, z niepewnością stawiając każdy krok, jakby wszystko miało się zaraz zawalić albo, co gorsza, jakby Laura miała przekroczyć próg domostwa. 
Dach był idealnie równy, bez ani jednego wgłębienia bądź wzniesienia. Nic. Czarne podłoże zostało wyłożone miękką gąbką, przez co tłumiło odgłos kroków. Chris bał się podejść do krawędzi, ponieważ nikt nie pomyślał o poręczach, nie przewidziano takiej potrzeby, gdyż Chrisowi nie można było wchodzić tu bez opieki. Ale on znał zasady i doskonale wiedział, że znajduje się na wysokości pięćdziesięciu metrów i że gdyby spadł, straciłby życie. 
Chris podszedł do niewielkiego stoliczka stojącego na środku dachu, po czym usiadł w fotelu. To tu jego ojciec lubił wyjść na popołudniowe cygaro po pracy. Na brzegu znajdowała się donica z ledwie żyjącym kwiatem. Zostały mu tylko dwa liście, a i te powoli żółkły pod wpływem słońca i braku wody. Chłopiec nachylił się, po czym zaczął mruczeć pod nosem kołysankę, jakby wyczuwał, iż roślinka niedługo straci życie. Ostatnia piosenka na cześć życia i śmierci. 

Śpij, śpij, śpij
I nim nastanie świt
Wyruszysz w nieznane.

Tym, co przykuło uwagę chłopca, okazał się jednak niebieski ptak siedzący na brzegu dachu, pięć centymetrów od krawędzi. Chris zerwał się na równe nogi, po czym powoli zaczął podchodzić, a raczej sunąć w stronę zwierzątka. Wydawało mu się takie piękne i pełne uroku, jakby stworzone było tylko i wyłącznie do pozostania w bezruchu. 
Kiedy Chris znajdował się metr od ptaszyny, ta przechyliła łebek w jego stronę, zamrugała kilka razy ciemnym okiem, po czym wzbiła się w powietrze. Tylko coś było nie tak. Trzepot skrzydeł okazał się zbyt głośny jak na tak małe stworzenie. Chris spojrzał w górę, a następnie otworzył usta ze zdziwienia. 
Nad jego domem przelatywało najdziwniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widział. Był to człowiek. Chłopak, jeśli nie myliły go jego oczy. On leciał, a za jego plecami rozpościerały się olbrzymie, czarno-szare skrzydła, które uderzały o siebie, utrzymując właściciela w powietrzu.
Chris tak bardzo się zapatrzył, że nawet nie zauważył, kiedy jego nogi same zaczęły posuwać się do przodu, nieświadomie chcąc podążać za nieznajomą postacią. 
– Chris! – Krzyk Laury rozdarł niesamowitą ciszę. Christian zatrzymał się i odwrócił do tyłu, lecz zdążył zauważyć jedynie zapłakane oczy swojej matki. Poczuł, jak jej ramiona oplatają się wokół jego niewielkiego ciałka. Spojrzał w dół, a następie ujrzał to, co tak bardzo przeraziło jego matkę. 
Stał na samej krawędzi, ledwie centymetr od końca, centymetr od śmierci. 
Laura odciągnęła go aż do stolika, po czym wtuliła w synka, łkając tak bardzo jak nigdy w swoim życiu. A Chris gładził palcami jej włosy, szepcząc słowa pocieszenia, jakby to on był dorosły. Gdy Laura już tylko ciągała nosem, Chris zdobył się na odwagę zadać jedno pytanie, które dręczyło go od kilku minut. 
– Mamusiu? – wyszeptał chłopiec, patrząc w lazurowe oczy matki. 
– Tak, skarbie? 
– Anioły istnieją, prawda? – Chris przechylił głowę, lecz nie otrzymał odpowiedzi. Uznał to za „tak”. – A czy anioły, które są smutne, bo straciły mamusię i tatusia, mają ciemne skrzydła? 
Laura ściągnęła brwi, po czym wybuchnęła śmiechem. Był on udawany, ale chłopiec, który rzadko kiedy widywał swoją rodzicielkę smutną, niczego się nie domyślił. 
– Oczywiście, że nie – odpowiedziała wesoło i spokojnie kobieta, choć w ułożeniu jej ramion widać było napięcie. – Anioły nie istnieją, synku. To tylko bajki dla dzieci. – Powiedziawszy to, wstała i skierowała się w stronę drzwi, trzymając za rękę Chrisa. 
Jednak zanim chłopiec wszedł do domu, jeszcze raz odwrócił się do tyłu. Dostrzegł błękitne, niczym nieskalane niebo, nawet chmury nie śmiały wejść mu w drogę. Posmutniał odrobinę, a następnie zeskoczył z wysokiego progu na podłogę w korytarzu.



One-shot o jednym z bohaterów opowiadania Flanchrimesha.
No i szykuje się coś większego, zajrzyjcie do zakładki BSnWskN.

5/26/2015

Gra w podchody



Wiatr wprawiał w ruch zieloną flagę, która marszczyła się z każdym podmuchem i poruszała nisko rosnącymi liśćmi, jednocześnie zdradzając miejsce położenia kryjówki. Nick przeklął cicho, a następnie ugryzł się w język, ponieważ wiedział, że każdy, nawet najcichszy dźwięk może doprowadzić do przegranej.
W Ash Dale podchody rządziły się innymi zasadami niż te znane przez resztę dzieciaków z różnych stron świata. W zabawie nieprawdziwych nie używano ani kredy, ani patyków, ani kartek, które wskazywałyby kierunek albo wyznaczały ścieżkę do celu. Nie, oni bawili się inaczej.
Po pierwsze: dyskwalifikacja za użycie magicznych zdolności. Nie wolno było latać, zmieniać się w zwierzęta, rzucać uroków czy szantażować leśne zwierzęta. Polegało się na własnych umiejętnościach, nie magii.
Po drugie: zero tropienia. Wilkołaki i zmiennokształtni dostali od losu wyczulony węch, lecz na czas tego typu zadań odbierano im zdolność rozróżniania zapachów, co w lesie okazywało się zarówno zaletą jak i wadą.
Po trzecie: w razie potrzeby można było zerwać swoją flagę i uciekać, ale wystarczyło jedno spojrzenie przeciwnika i gra zostawała przesądzona. Wygrywał ten, kto najdłużej pozostawał niewidoczny.
Słońce już dawno schowało się za horyzontem i leśną gęstwinę oświetlał tylko nikły blask srebrnej tarczy księżyca, choć nawet to nie sprawiało, iż Nick wśród traw czuł się bezpiecznie. Nie przepadał za tego typu grami, jednak obiecał bratu, że w końcu pokaże na co go stać, a nigdy nie złamał danego słowa. I tak właśnie wylądował w parze z Julianem Foxem – chłopcem, do którego jednocześnie coś czuł, lecz odrzucała go każda myśl na ten temat. Julian bowiem nie był kimś, z kim dało się przeprowadzić przyjazną konwersację niezbaczającą na dziwny, nawet jak na nieprawdziwych, temat. Zdawało się, że białowłosy nigdy nie odczuwał wstydu, a słowa opuszczające jego usta zawsze wyrażały prawdę.
Nick wiercił się niespokojnie, przyglądając pełzającym, brązowym robakom. Chciały wspiąć się na dłoń chłopaka, lecz gwałtownie ją odsunął, tym samym uderzając delikatnie w głowę Juliana. Gdy tylko poczuł końce jego włosów muskające skórę, na policzki zmiennokształtnego czarownika wpłynął rumieniec. Ukrył twarz w trawie, szybko zabierając ręce i układając je pod brzuchem. Oczami wyobraźni widział rozdrażnione, złote oczy lisiego partnera.
Leżeli w ciszy, próbując oddychać najciszej, jak tylko potrafili, nie wzbudzając przy tym niepewności leśnych stworzeń, które wyczuwając pobratymców w opałach, zbiegłyby się, by okazać pomoc. W tym właśnie zwierzęta zawsze różniły się od ludzi – bezinteresownie pomagały słabszym osobnikom.
Noc nadchodziła coraz szybciej i otulała wszystko wilgotnym, pachnącym deszczem mrokiem. Chłopcy wybrali dość znane miejsce, wiedząc, że nikt nie będzie szukał grupy w tak oczywistym położeniu. „Najciemniej jest zawsze pod latarnią”, rzucił Julian, wyjaśniając strategię. Mimo wszystko polana nie należała do najprzyjemniejszych. Gęsta, wysoka trawa ograniczała widoczność, mrówki maszerowały gęsiego w stronę mrowiska, a oni wciąż się ukrywali. Podchody nieprawdziwych potrafiły trwać nawet kilka dni.
– Jesteś głodny? – Nick odwrócił się gwałtownie, słysząc głos białowłosego tuż przy uchu. Skończyło się to zderzeniem głów obu chłopców oraz głuchym, ledwie dosłyszalnym jęknięciem Juliana. – Uważaj, co robisz! – Choć Nick spodziewał się wrogości i niezadowolenia migoczącego wśród złota tęczówek, otrzymał rozbawienie zmieszane z troską. – Jeśli nas zdradzisz, osobiście  cię ukażę.
Nick przełkną ślinę i już otwierał usta, aby coś powiedzieć, kiedy zmiennokształtny włożył mu w nie czekoladowego batona z orzechami. Brązowowłosy, mrużąc oczy, zacisnął zęby, odgryzając kawałek słodkiej przekąski. Julian odpowiedział mu uśmiechem, a następnie sam wgryzł się zębami w orzechy.
Buziak na odległość, pomyślał Nick i aż się zawstydził, że taka rzecz przyszła mu do głowy. I to w takiej chwili! Pokręcił głową, próbując pozbyć się sprzed oczu obrazu ich dwójki splecionej we wspólnym pocałunku.
Julian ściągnął brwi, wysyłając nieme pytanie. „Coś nie tak?” Nick odpowiedział, kręcąc głową i powoli przeżuwając batonika.
Znów nastała chwila ciszy i oczekiwana, tym razem przerwana przez nadchodzące postaci. Zbliżały się powolnym, leniwym krokiem przepełnionym pewnością siebie. Leśna grupa myślała, że wygraną mają w garści.
Nick zareagował szybciej od lisa, a że jego ciemne włosy nie odznaczały się tak na tle leśnej gęstwiny, zerwał się na równe nogi i złapał kijek z zawieszoną na niej zieloną flagą. Omal nie poślizgnął się na zaroszonej trawie, przed upadkiem uratował go Julian. W następnej chwili biegli ramię w ramię, chcąc zgubić nadchodzącą drużynę.
Oczywiście dokonali tego w zaledwie kilka minut, a następnie chichrali się cicho, by nie zwrócić jeszcze większej uwagi zwierząt. Potem Jul opadł na trawę. Oparł się o pień rosłego rębu i chwilę przyglądał się twarzy Nicka – jako zmiennokształtny posiadał niesamowity wzrok, podobnie jego towarzysz, i nawet zaklęcia nie potrafiły stłumić owego zmysłu.
– Nick, nienawidzisz mnie? – Głos Juliana brzmiał delikatnie, niczym dźwięk harfy. Rozchodził się w powietrzu jak zapach perfum i dotykał uszu.
Ciemnowłosy nie odpowiedział. Spuścił za to głowę i zaczął wydłubywać czubkiem buta dołek w ziemi. Powstrzymywał się od spojrzenia w stronę swojego partnera. Kłótnie tylko sprawiłaby, że wszystko poszłoby dwa razy gorzej, zaczęłyby się wrzaski, które doprowadziłyby do nich konkurencyjne drużyny.
– Nick, chcę prawdy – dodał z naciskiem białowłosy, mrużąc złoto-zielone oczy. – Nawet, jeśli zaboli.
– Prawda zawsze boli, czy tego chcesz czy nie – wyszeptał, próbując zatrzymać mrówkę. – Jeśli nie jej adresata, to odbiorcę.
– Bredzisz.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym, by moje słowa okazały się kłamstwem.
Nick zamarł w bezruchu. Zbyt dużo czasu spędził z osobą, którą jednocześnie chciał uderzyć i pocałować. Czy gdyby jednak otrzymał wybór: ważniejsza okazałaby się nienawiść czy zauroczenie? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
Julian podniósł się z ziemi i stanął naprzeciw chłopca, tym samym zmuszając go do uniesienia głowy. Oczy zmiennokształtnych spotkały się na ułamek sekundy, potem Nick postanowił znaleźć inny, co prawda mniej piękny i ciekawy, obiekt do obserwacji.
– Odsuń się – wymamrotał kot, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
– Czyli jednak mnie nienawidzisz? – W głosie Juliana pojawiła się nutka niezadowolenia pomieszana z rezygnacją. Cofnął się i omiótł spojrzeniem twarz Nicka wykrzywioną w niezadowoleniu. – Chyba skończyliśmy  grę… Oddajmy tę przeklętą flagę i miejmy to za sobą.
Białowłosy zaczął zdejmować materiał z kijka, a kiedy uporał się z tuzinem pinezek, rzucił niepotrzebny kawałek drewna w krzaki. Posłał ostatnie spojrzenie w stronę marnie wyglądającego towarzysza, a następnie, wzruszywszy ramionami, ruszył przed siebie. Nie zamierzał przejmować się kimś, kto po prostu miał go w głębokim poważaniu.
Nick nie mógł jednak tak po prostu odejść, gdy nadarzyła się do wyznania prawdy. Choć w pierwszych chwilach przepełniał go strach i niepewność, wziął się w końcu w garść. Nabrał w płuca sporą ilość powietrza, by po chwili dogonić Juliana i złapać go za nadgarstek.
– Nie nienawidzę cię – wydusił z siebie. Na te słowa Jul otworzył usta i odwrócił głowę w stronę zgiętego w pół Nicka. – Tak naprawdę to nigdy cię nie nienawidziłem, po prostu jestem pieprzonym tchórzem. – Jul obserwował, jak chłopak zaciska wolną dłoń w pięść. – Jestem tchórzem i ciężko mi przyznać, co czuję. Nawet przed samym sobą próbuję zataić prawdę, a innym nawet nie uchylam rąbka tajemnicy. Ale mam już dość! Dość tej pajęczej sieci, w której się znalazłem. Julian, ja…
Nick wyprostował się, chcąc wypowiedzieć najważniejsze słowa w swoim życiu z godną postawą, wtedy jednak białowłosy zmiennokształtny ujął jego twarz w dłonie i pocałował, zanim chłopak prowadzący monolog zdołał się odsunąć.
Pierwszą reakcją był szok i szeroko otwarte oczy, potem Nick zmrużył powieki i odwzajemnił gest, zarzucając Julianowi ręce na szyję. Jako że był wyższy, nie sprawiło mu trudności przyciągnięcie do siebie lisa. Jednak po zaledwie kilku sekundach to Jul przejął inicjatywę i Nick jęknął, czując na wardze zęby towarzysza.
Chłopak odsunął się powoli na bezpieczną odległość. Tylko dzięki kurtynie nocy Jul nie był w stanie dostrzec rumieńców na policzkach starszego. Mimo to i tak był zadowolony z efektów. Nigdy nie sądził, że Nick okaże się taki uległy, w jego wyobraźni zwykł dominować, a tymczasem w rzeczywistości role rozdano zupełnie inaczej.
– Etto…
– No…
Przez chwilę panowała cisza, a chłopcy spoglądali na siebie.
– Nick…
– Tak?
– Od dzisiaj jesteś mój, pamiętaj o tym – rzucił Julian, splatając palce ich dłoni. – Nie oddam cię nikomu.
Nick przełknął ślinę i nieświadomie pokiwał głową, zgadzając się jednocześnie na najwspanialszą oraz najbardziej irytującą część swojego życia.



 Julian i Nick są drugoplanowymi bohaterami moich dwóch opowiadań pisanych pod pseudonimem Elisabeth An Livest: Normalną być! i (Nie)banalnej historii. Nie ma o nich oddzielnego opowiadania, a jedynie krótkie shoty, które napisałam ponad rok temu.