Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One-shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One-shot. Pokaż wszystkie posty

10/28/2015

Dwa słowa

Tak naprawdę jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka, gdy wysiadałem na lotnisku w Trento i przesiadałem się w autobus. Nie znając państwa, podziału administracyjnego, języka dotarłem do domu mojej cioci, u której miałem spędzić wakacje. Bo w sumie co taki młodzik jak ja mógł robić całymi dniami? Potrafiłem tylko siedzieć, siedzieć i siedzieć. Bałem się, że koniec końców mój tyłek stanie się nagle dwa razy większy i nikt mnie nie zechce, bo na co komu facet z wielką dupą?
Przez pierwszy tydzień siedziałem z nosem w słowniku, ale nadal nie potrafiłem zrozumieć ani słowa z ich rozmów. Kiedy podsłuchiwałem sąsiadki, siedząc na balkonie, rozpoznawałem tylko pojedyncze słowa takie jak: rano, wieczorem, dobrze, obiad, śniadanie, kolacja i nazwy ubrań. Niejednokrotnie starałem się przemykać przez karty słownika, jednak i to nie skutkowało. Poddałem się w końcu, nie mając ochoty męczyć się na próżno. Wątpiłem w to, bym jeszcze tu wrócił.
Moja ciocia prowadziła kiosk z owocami, dość spory, a klientów zawsze było w bród. Czasami ich obsługiwałem: nazwy produktów do trudnych nie należały, a i liczenie po włosku nie sprawiało mi większych trudności.
Kiedy pojawił się po raz pierwszy, akurat paliłem papierosa, siedząc na krzesełku wpatrzony w malujące się przed moimi oczami góry.
– Mateusz, obsłuż, proszę! – krzyknęła ciocia zza drewnianego budyneczku. Wygasiłem niedopalonego fajka o kawałek kamiennego podłoża, a następnie zerknąłem, czymże to jest tak bardzo zajęta, że nie może zająć się własnym biznesem. Przebierała czerwone ziemniaki (pasta galla, tak dla jasności i przypomnienia słownictwa). Westchnąłem ciężko i poszedłem do okienka.
Stał tam opalony, co najwyżej dwudziestoletni chłopak o dość bujnej, ciemnoblond czuprynie. Patrzył swoimi dużymi, brązowymi, ciepłymi oczami po produktach na wystawie, jednocześnie drapiąc się po łokciu. Wyglądał na dość zmieszanego.
– Salve* – przywitałem się, opierając dłonie na blacie, odpowiedział mi tym samym. – Prego*.
Przygryzł wargę i zaczął mówić coś szybko po włosku. Zrozumiałem tylko „truskawki”, więc zamrugałem kilka razy.
– Non parlo In Italiano*– dodałem, a wtedy przeniósł na mnie wzrok.
Patrzył i patrzył, aż poczułem się niezręcznie. No jeju, ile można patrzeć na jednego człowieka! Przez myśli przechodziły mi różne wersje tego, co mogło zajmować jego głowę. Może byłem brzydki? Albo zastanawiał się, jak ktoś, kto nie mówi po włosku, może pracować w sklepie, w którym mówi się praktycznie zawsze w tym języku (czasem zdarzali się obcokrajowcy)? Albo po prostu zastanawiał się, jak przekazań niemowie, co chce wziąć.
– Tre cestini di fragole* – powiedział w końcu, a ja złapałem trzy pojemniczki truskawek i zapakowałem je zręcznie do białej, papierowej torebki, przyklejając do twarzy szeroki uśmiech. Jakoś musiałem nadrobić brak włoskiego.
– Basta kozi?* – Pokiwał głową. – Quatro euro.
Podał mi banknot (pięć euro), wydałem resztę i znów posłałem mu uśmiech. Wciąż miałem jednak wrażenie, że patrzy na mnie, jakby był głodny.
– Gracie. Arivederci!*
– Gracie! Buona serata!*
Wsiadł do samochodu i tyle go widziałem. Najgorsze jednak, że gdyby nie on, jeszcze co najmniej trzy razy pociągnąłbym papierosa. Tymczasem wypalił się cały, a ja z ciężkim oddechem klapnąłem na swoje zwyczajowe miejsce – krzesełko przed półkami.
– Mógłbyś przebrać maliny? – zawołała znowu ciocia, gdy ledwo zdążyłem przymknąć oczy. – Tylko pamiętaj, równo sto trzydzieści!
– Tak, tak – mruknąłem, biorąc pudełka z małymi, znienawidzonymi przeze mnie owocami i podchodząc do kasy.

~~||~~

Nieznajomy gość od ślicznych oczu, których nie potrafiłem wyrzucić z pamięci, pojawił się również i następnego dnia. I tak samo jak wcześniej wziął trzy pudełeczka truskawek. Szczerze? Wracał cały tydzień i brał truskawki, aż w końcu się skończyły. Kiedy powiedziałem, że ich nie ma, ten spojrzał na mnie, przygryzł wargę, wydając przy tym słodkie mlasknięcie, a następnie zapytał:
– Do you speak English?
– A little – odparłem, mrużąc oczy przed słońcem.
Miał lekki zarost i był dobrze zbudowany – pod białą koszulką rysowały się wyraźne mięśnie, uśmiechał się delikatnie, jakby był zawstydzony.
– What’s your name?
– Mateusz.
– Ma-tie-łsz.
Pokręciłem głową.
– Ma.
– Ma.
– Te.
– Te.
– Łusz.
– Łusz.
– Mateusz.
– Mateus.
Parsknąłem śmiechem, nie mogłem się powstrzymać, no! Nasza krótka wymiana sylab była dość słodka jak na zupełnie obcych sobie ludzi.
– Sz.
– Ś.
– Sz.
– Sz. Mateusz.
– Belissimo! – rzuciłem, klaskając. – Brawo! And what’s your name?
– Pino – odparł szybko, wciąż pozostając w dobrym nastroju. – And I too speak a little English. Where are you from? Poland, right?
– Yeah, I’m from Poland.
Rozmowa zaczęła się kleić. Rozprawialiśmy chwilę o tym, co robię we Włoszech, a potem zaproponował, że może mnie wieczorem, przed dziewiętnastą, oprowadzić po okolicy i jak chcę, to przyjedzie pod kiosk, zostawi samochód i się przejdziemy. Z braku innego zajęcia (a także Internetu…) zgodziłem się.
Zjawił się punktualnie, dlatego oświadczyłem cioci, że się zrywam i wrócę do domu sam. Rozkład pociągów wykułem na pamięć niczym tabliczkę mnożenia w podstawówce, dzięki czemu nie bałem się, że będę zmuszony iść trzy i pół kilometra pieszo. Chociaż z drugiej strony… Taka wyprawa dobrze zrobiłaby na mój rosnący brzuszek. Rodzina zawsze potrafiła zmusić mnie do jedzenia, chociaż zapierałem się rękami i nogami, że nie jestem głodny. Według nich wciskanie w siebie żarcia dawało siłę. Szkoda, że chciałem wrócić do domu dwa razy szczuplejszy, a nie odwrotnie.
Nie mówiliśmy zbyt dużo, ponieważ nasz zasób słownictwa skończył się podczas naszej pierwszej, prawdziwej rozmowy. Tylko spacerowaliśmy, a kiedy Pino mówił „patrz” i pokazywał na coś palcem, zwracałem wzrok w ów kierunku. No i tak minął nam wieczór: niemo, ale bardzo miło. Moim zdaniem; nie wiedziałem, jak czuje się Włoch.
Gdy wróciliśmy z powrotem pod kiosk, wyjąłem telefon i spojrzałem na zegarek. Cyfry obudziły mnie niczym mocne uderzenie w policzek. Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Ostatni pociąg odjechał. Wszystko zwiastowało kolejny spacerek, tym razem w stronę domu. Jęknąłem. Nogi mi odpadały!
Pino przyglądał mi się wciąż i wciąż, próbując zrozumieć, w czym rzecz, a gdy skojarzył sobie fakty, złapał mnie za nadgarstek. Dotyk poraził mnie, poczułem, jak między nami przeszła iskra. Przeżyłem coś takiego pierwszy raz. Ale on jakby tego nie zauważył, po prostu spokojnie przeprowadził mnie na drugą stronę samochodu i wepchnął na miejsce pasażera, uśmiechając się i pokazując równe, białe zęby. Sam zasiadł za kierownicą i kazał wskazywać drogę.
Trochę się kręciliśmy, ale koniec końców bezpiecznie dojechaliśmy do mieszkania cioci, chichocząc niczym napalone nastolatki, a przecież byliśmy dorosłymi facetami! Cóż, nieznajomość wspólnego języka to dość rzadka sytuacja.
– I like you, Mateusz.
Szczerze? Wmurowało mnie w fotel. Słońce już schowało się za wysokimi górami i zapadał zmrok. Nikogo nie było dookoła, żadnej żywej duszy prócz nas! W oknach paliły się światła. A on złapał moją rękę, splótł nasze palce. Nie mogłem uwierzyć w to, jak bardzo nasze dłonie do siebie pasowały.
– Maybe I love you… – dodał już ciszej.
Nie, przecież on mnie nie znał. Nic o mnie nie wiedział. Rozmawiał ze mną po raz pierwszy. Nigdy nie wierzyłem w miłość od pierwszego wejrzenia, ale musiałem przyznać, że i on mi się podobał. Że też wśród milionów obywateli Włoch musiałem trafić właśnie na takiego, który okazał się gejem! Po ostatnim związku nie chciałem niczego poważnego, a właśnie to odczytałem w oczach Pino. No i… Dzieliło nas ponad tysiąc kilometrów.
Ja nie powiedziałem nic, działałem hormonami, nie mózgiem, więc po prostu go pocałowałem. Ale on, o dziwo, wcale mnie nie odtrącił, wręcz przeciwnie: przyciągnął mnie bliżej, odpinając pasy bezpieczeństwa. Błądził palcami po moim policzku, szyi, karku, a ja wzdychałem prosto w jego usta. Czułem się… dobrze, na miejscu, jakbym powinien tu, w jego objęciach, zostać już na zawsze.
Jednak wiedziałem, że wszystko skończy się źle, dlatego oderwałem się i zawstydzony odwróciłem wzrok. Nie powinienem go całować, jednak bycie głupim dzieckiem zwykle kończyło się nieprzemyślanymi czynami.
Odetchnąłem, po czym jeszcze musnąłem ustami jego czoło i opuściłem samochód, machając mu na dobranoc. Odgłos odjeżdżającego auta usłyszałem dopiero wtedy, gdy oparłem się plecami o wewnętrzną stronę drzwi.
Mateusz, coś ty narobił!

~~||~~

Przez kolejny tydzień spotykaliśmy się każdego wieczoru. Ciocia opowiedziała mi trochę o jego rodzinie; o tym, że nigdy nie mógł odpędzić się od urodziwych dziewcząt. Zastanawiałem się, dlaczego wybrał mnie – niezbyt przystojnego przedstawiciela płci brzydkiej, skoro miał lasek na pęczki. Nie chciałem ulec pięknym słowom i czułym pocałunkom tylko po to, by w końcu się ze mną przespał i porzucił samemu sobie jeszcze tej samej nocy. Ale chciałem mu ufać.
I ufałem. Źle czy dobrze? Nie wiedziałem.
Kiedy zaprosił mnie w niedzielę na obiad do swojej rodziny, ba, jeszcze po mnie przyjechał!, gdzie poznałem jego rodziców, zaczynałem wierzyć, że może jednak myśli o mnie poważnie.
Zostałem u niego na noc. Mieszkał sam z matką i ojcem, jego starsze rodzeństwo dawno się wyprowadziło. Kiedy więc wieczorem zaczął dobierać się do mojego rozporka, jednocześnie przykładając palec do ust, co miało mi uświadomić, iż powinienem być raczej cicho, pozwoliłem mu na to. Nie, to jeszcze nie był seks, ale podobało mi się równie bardzo. Tak samo jak dobrze mi było, gdy czułem jego palce na swojej męskości. Każdy jego dotyk był delikatny; zastanawiałem się: dlaczego traktuje mnie jak jedyną w swoim rodzaju porcelanową filiżankę? Czy byłem aż tak ważny?
Być może.
Lipiec uciekł niczym piasek przez palce, pozostawiając za sobą tylko smak czułych pocałunków, błogiego dotyku i opaleniznę. Musiałem przyznać, że gdybym siedział w Polsce, nigdy bym się tak nie opalił. Ale w sumie nie było mi aż tak źle z ciemniejszym odcieniem skóry. Brakowało mi tylko dredów i mógłbym udawać mulata-rapera.
Nasz związek kwitł. Każdego dnia spotykaliśmy się i jeździliśmy wokół Trento, dzięki czemu udało mi się zrobić mnóstwo niesamowitych zdjęć. Pino śmiał się, kiedy kucałem i skakałem wokół jednego przedmiotu, np. fontanny, aby złapać jak najlepsze ujęcie. Śmiałem się razem z nim, wiedząc, że to naprawdę musi wyglądać zabawnie i dziwnie jednocześnie. Lecz cóż. Gdy człowiek się wprawi, nie zwraca uwagi na otaczający go świat, tylko patrzy, co udało mu się złapać w obiektywie.
Zostały dwa dni do mojego wyjazdu, kiedy to zaprosił mnie do swojego domu. Jego rodziców nie było, wszędzie panowała cisza, zasunięto zasłony, pogaszono światła, panował przyjemny półmrok. Pocałował mnie, najpierw delikatnie i czule, potem namiętnie i z siłą. Kiedy wylądowałem na łóżku, wiedziałem, co się święci. Ale nie chciałem, by przerywał. Czułem jego dłonie na swojej skórze, przyjemne ciepło ogarniało moje ciało. Jęczałem jak głupi, oddychałem szybko i płytko. Ale było cholernie przyjemnie. Gdybym miał porównywać wcześniejsze stosunki do tego, nie byłoby mu równych.
Przyjechał, by się ze mną pożegnać. Wysiadł z samochodu, a ja zarzuciłem mu ręce na szyję. Prawie się rozpłakałem, kiedy pogłaskał mnie po plecach. Czy ja… Czy ja miałem go już nigdy nie zobaczyć? Już nigdy-nigdy? Rok to dużo czasu. Za dużo jak na związek bez czułości i dotyku.
To właśnie tu, na podjeździe pod obskurnym hotelem, przy autokarze, kończyło się moje najlepsze lato. Żegnałem człowieka, w którym zakochałem się, ponieważ jego czyny, nie słowa, dotknęły mojego serca.
– Te Amo – wyszeptał mi do ucha. – Kocham cię.
Jego drugie polskie słowo po moim imieniu. Miłosne wyznanie po polsku. Musiał długo się przygotowywać, ponieważ słyszałem, jak zaciągnął „ę”. Objąłem go jeszcze mocniej.
– Kocham cię – powtórzył.
– Ja też cię kocham – powiedziałem nieco głośniej. – I nie chcę wyjeżdżać. Tak bardzo nie chcę.
– Don’t worry. I will visit you, I promise.
I jak powiedział, tak zrobił. Przyjechał po dwóch miesiącach. I został już na zawsze.

*Salve – dzień dobry bez względu na porę dnia.
*Prego – proszę.
* Non parlo in Italiano – nie mówię po włosku.
* Tre cestini di fragole – trzy pojemniczki truskawek.
*Basta kozi? – Czy to wszystko?
*Quatro euro. – Cztery euro.
*Gracie. Arivederci! – Dziękuję, do widzenia!

*Gracie! Buona serata! – Dziękuję, miłego popołudnia/wieczoru.

Zamówienie dla Pina Colady. c:

9/06/2015

Chciałabym Ci przypomnieć

Dawno temu, jakieś osiem lat wstecz
Śnieg powoli pokrywał ulice niewielkiego miasteczka, a dzieci co rusz wybiegały z domów, aby obrzucać się nawzajem śnieżkami. Tańczące w powietrzu śnieżynki oblepiały wszystko i wszystkich. Niektóre rozpuszczały się po kilku sekundach, jednak zdecydowana większość trwała w swojej pierwotnej formie.
Właśnie wtedy za drzewa, dzierżąc w ręku długi patyk służący za miecz, wybiegła ośmioletnia dziewczynka. Miała bystre, niebieskie oczy, którymi analizowała ruchy przeciwników oraz, skryte pod puchową czapką, ciemne loczki. Zamachnęła się, mrużąc oczy i uderzyła z dziecięcą siłą w dół pleców stojącej przed nią postaci.
– Leia! – krzyknął chłopiec, łapiąc się za tyłek. Odwrócił się i popatrzył srogo na przyjaciółkę. – Ile razy mam ci powtarzać, że masz rozróżniać wrogów od przyjaciół? – Pokręcił głową, krzywiąc się z bólu.
– Wszyscy wyglądacie tak samo – burknęła.
Była jedyną dziewczynką w tym towarzystwie. Nigdy nie przeszkadzało jej, że w okolicy mieszkało więcej chłopców, ponieważ potrafiła się z nimi dogadać. Budowanie bazy, bójki, skakanie po drzewach – uwielbiała to. Czuła się jeszcze lepiej, kiedy mianowano ją zastępcą dowódcy i mogła wydawać rozkazy. Takie drobne rzeczy poprawiały jej humor. 
– Po prostu musisz nauczyć się nas rozróżniać – zaśmiał się. – W końcu ci wyjdzie.
– Dzięki – mruknęła niecałkiem przekonana do szczerości tych słów. – Chyba nikogo już tu nie ma, obeszłam cały plac.
– Pewnie zwiali. – Chłopiec podrapał się w tył głowy. – Idziemy na herbatę?
Leia znała się z Nicolasem od przedszkola. Zawsze razem się bawili i choć chłopiec w obecności kolegów z klasy nie przyznawał się do przyjaźni z dziewczyną taką jak ona, ciemnowłosa przyzwyczaiła się do sytuacji i wybaczała mu za każdym razem. Zależało jej na tej właśnie znajomości. Każdy inny mógł ją opuścić, tylko nie on.

Gdy się śmiejesz, pożerasz mnie…

Leia za bardzo lubiła Nicka. Za bardzo jak na ośmiolatkę i za bardzo jak na przyjaciółkę, do której ciężko się przyznać. Ale nie mogła nic na to poradzić. Chłopiec prywatnie traktował ją lepiej niż własną siostrę, czasami nawet śmiał się, że wolałby, żeby to Leia należała do jego rodziny. 
Pierwsza miłość stała się dla niej niemal uzależnieniem, z którym nie mogła sobie poradzić. I chociaż często płakała, zmuszając się do wybaczania mu raz za razem wyzwisk rzucanych w klasie pod jej adresem, nie potrafiła kazać mu skończyć tej maskarady. Bała się, że razem z tym nadszedłby koniec ich znajomości.

Wciąż dawno temu, jakieś sześć lat wstecz
Zostali rozdzieleni. Przez cztery lata byli razem, mogła na niego zerkać na lekcjach, uśmiechać się pod nosem z jego żartów. Ale nie, przenieśli go, a dziewczynce znów chciało się płakać.
Cóż z tego, że widywali się na korytarzach? Cóż z tego, że wciąż mogli spotykać się pod starym drzewem? Nie, na to drugie byli za duzi, a na to pierwsze wciąż zbyt nieśmiali.
Nie rozmawiali ze sobą, nie pisali, panowała cisza. Cisza tak smutna jak Titanic, na którym Leia za każdym razem wylewała litry łez. Dziewczynka czuła się pusta bez swojego przyjaciela.
– Leia, chodź do nas! – zawołała Sylvia i choć ciemnowłosa zdobywczyni podwórka nie chciała zatracać się w dziewczęcych tematach, zmusiła ją do tego samotność.
Nie minęły dwa miesiące, a zapomniała, jak używa się patyka do obrony, jak powinno się wymierzać cios. Te umiejętności zastąpił lakier do paznokci, tusz do rzęs. Przestała być chłopczycą – nosiła spódniczki i buciki odsłaniające palce, sukienki, których za wszelką cenę nie mogła pobrudzić, gdyż było to niedziewczęce. I choć wciąż patrzyła smutnym wzrokiem na Nicka, gdy mijała go na korytarzu, ten zdawał się jej nie zauważać. 
– Leia, chodź zobaczysz tego chłopaka. Jest śliczny, prawda? – zaświergotała Sylvia, a dziewczynka, z bólem pobiegła do niej i z udawanym entuzjazmem spojrzała w gazetę.


~~||~~

– Zagrajmy w prawda czy wyzwanie!
Całą podłogę pokrywały koce, śpiwory i poduszki. A, no tak, i sześć wciąż przepełnionych entuzjazmem dziewczynek w ostrym makijażu, z pomalowanymi paznokciami i polokowanymi włosami. Chichotały jak chore, przeglądając czasopisma, ale żadna nie zwracała uwagi na to, że to, co robią, wcale nie jest ładne ani fajne.
– Zaczynam! – oznajmiła Amelie, siadając wygodnie. Rozejrzała się po twarzach swoich przyjaciółek. – Rosalie! Prawda czy wyzwanie?
– Wyzwanie! – Blondynka zaczęła chichotać jeszcze głośniej.
– Zaśpiewaj „Babe” Justina!
Reszta zgromadzenia zapiszczała. Oprócz Lei, która nie potrafiła stwierdzić, co takiego wyjątkowego jest w Bieberze, że wszyscy go lubią i podziwiają. Dla niej wyglądał przeciętnie, uśmiechał się przeciętnie i, przede wszystkim, śpiewał przeciętnie.
Rosalie chwyciła szczotkę, prowizoryczny mikrofon, wyszła na środek i rozpoczęła swój występ pełen fałszów i niedociągnięć. Nikt nie spodziewał się przecież, że jedenastolatka zaśpiewa czysto, dlatego też dostała głośne oklaski, po czym ukłoniła się, szczerząc zęby.
– Dobra… – Ciemne oczy Ro zlustrowały towarzystwo. – Leia. Prawda czy wyzwanie?
– Prawda – odpowiedziała spokojnie, przenosząc chłodne oczy na „przyjaciółkę”.
– Całowałaś się już?
Policzki byłej pogromczyni pokryły się szkarłatnym rumieńcem. Uciekła wzrokiem w bok. Wiedziała, że w szkole krążą plotki o tym, jakoby ona i Nicolas byli kiedyś parą, a przecież pary się całują. Ale oni byli tylko przyjaciółmi, ba!, teraz się do siebie nawet nie odzywali. 
– Nie – odparła szczerze, uśmiechając się blado. 
– Naprawdę? To znaczy, że Nick się nie postarał, haha.
I wszystkie wybuchnęły histerycznym śmiechem. Szkoda, że Lei nie było do śmiechu.

Jeszcze rok później
Od: Leia
Do: Nick
Wiem że ciebie już tu nie ma ale pomyślałam że jednak chce ci wyznać co czuje. Nick ja cię lubię bardziej niż myślisz. I smutno mi że wyjechałeś i że już cię nie zobaczę. I tak sobie pomyślałam, że nie mogę już tego więcej w sobie trzymać. 
Chyba cię kocham.

Od: Nick
Do: Leia
Ja też cię chyba kocham ale to nie ma sensu. Związek na odległość nie ma żadnego sensu wiesz? Będzie nam tylko źle. Ale dobrze że dałaś znak życia. Ostatni rok był głupi.
Do zobaczenia kiedyś tam Leia

I jeszcze rok później
– Czy ty naprawdę sądziłaś, że się nie dowiem? – W tonie jego głosu dosłyszała oskarżenie, żal, gorycz i złość. Ściągnął brwi. – Naprawdę nietrudno skojarzyć czyjeś imię, tym bardziej, że zawsze swoje lubiłaś. A podobieństwo jest uderzające.
– Jestem LEIA, nie jakaś cholerna Lydia, okay? Mógłbyś w końcu mi uwierzyć – żachnęła się ciemnowłosa, wpatrując się w niebieskie oczy byłego przyjaciela. – Przecież bym ci tego nie zrobiła, wyraziłeś się jasno!
– Jak nie ty, to kto inny nagabywałby mnie miłosnymi wiadomościami, co? Tylko ty byłabyś na tyle głupia.
– Wiesz co? Dzięki za pokłady wiary w przyjaciółkę. – W jej oczach pojawiły się łzy, dlatego odwróciła głowę i zamrugała, aby je powstrzymać.
– To spójrz mi w oczy i powiedz, że to nie ty.
Tak też zrobiła. Z żalem, przygryzając wargę, po raz ostatni spojrzała w jego piękne tęczówki jako przyjaciółka, przełknęła ślinę i powiedziała:
– Nigdy nie podawałam się na żadną Lydię.
– Nie wierzę ci.
Odpowiedź była natychmiastowa, nawet nie pomyślał, po prostu palnął głupstwo. A dziewczyna odwróciła się na pięcie i poszła w swoją stronę. Nie mogła przyjąć do wiadomości, że oskarżył ją o coś takiego. Przecież wyraźnie dostała „nie”, poddała się. Ach… Tylko że kotłujące się w jej sercu uczucia wciąż nie chciały zniknąć i tylko czekała, aż Nick zniknie, zapadnie się pod ziemię i nie wróci.
– Dlaczego ta cholerna miłość nie chce zniknąć? – wyszeptała do siebie w drodze do domu. Nie dostała jednak odpowiedzi.

Trzy lata później, lato, wakacje
Leia stała w kolejce do kasy, wyjmując z portfela odpowiednią sumę, by móc zapłacić za zakupy. Czuła się wykorzystywana przez mamę, ale nic nie mogła na to poradzić – odeszła od komputera i powędrowała do sklepu. 
Nie spodziewała się, że to jedno wyjście wywróci jej spokojne serce do góry nogami.
Kiedy kolejni klienci wlewali się do środka przez drzwi wejściowe, przyglądała się im, jak to miała w zwyczaju. Zaczęła przyglądać się ludziom, ich zachowaniu, gestach, mimice twarzy. Patrzyła na każdego. I właśnie to był błąd. Dlaczego? Bo dostrzegła JEGO.
Po trzech latach, po ponad tysiącu dni bez znaku życia od niego, wreszcie go zobaczyła. Wszedł razem z mamą, trzymając swoją młodszą siostrzyczkę na rękach. Skąd wiedziała, że była to jego siostra? Plotki szybko się rozchodzą.
Wydoroślał. Kiedyś był wzrostem równy z nią, teraz ledwie sięgałaby mu do ramienia, a tak przynajmniej wnioskowała. Wyostrzyły mu się rysy twarzy, stracił swój dziecięcy wyraz. Stał się mężczyzną.
I choć serce Lei było zajęte przez innego chłopca, mimowolnie zabiło szybciej. Starała się uspokoić oddech, odwróciła wzrok w momencie, kiedy i on na nią spojrzał. Co zobaczył? Niezbyt urokliwą, nieuczesaną i nieumalowaną nastolatkę w dresie. Nie tak chciała mu się jawić. Nie chciała, by widział ją taką. Nie chciała, by w ogóle ją widział.
Ze sklepu niemal wybiegła, wyciągając telefon, aby napisać wiadomość do swojej najlepszej przyjaciółki.

Cholerka, on znów tu jest. Co mam robić? Wiesz coś o tym? Przyjechał na stałe czy w odwiedziny do mamy?

Odpowiedź, jak się spodziewała, nie przyszła zbyt szybko.

Sorry, malowałam płot. Słyszałam, że się przeprowadził do matki, by mieć bliższy dojazd do szkoły.

No to mam przejebane – odpisała Leia, leżąc już dawno na łóżku.
Chciała zapomnieć, skupić myśli na teraźniejszej miłości, ale nie potrafiła. Wspomnienia dawnych lat uderzyły w nią niczym młot, pozostawiając bolącą ranę zwaną wspomnieniami. Zamiast Claus, jej myśli wołały Nicolas. 
Kiedy wieczorem rozmawiała z chłopakiem, z trudem przez gardło przeszło jej „kocham cię”. Bo ona wcale go nie kochała. Serce Lei wciąż należało do Nicka, nie potrafiła go stamtąd wyrzucić. Zamknęła jedynie drzwi i próbowała zapomnieć, zastawić je Clausem, jednak Nick zdołał je otworzyć i znów umościć się wygonie na starym miejscu, nawet nie wiedząc, że rani ją po tysiąckroć bardziej niż kiedyś, gdy byli dziećmi.
Tej nocy spała, lecz nie śniło jej się nic. A może śniło, tylko po prostu ona tego nie pamiętała? Może. Albo wyrzuciła sen gdzieś daleko, by nie przejmować się jeszcze bardziej.
Przestała wychodzić z domu, byle go nie spotkać ponownie, choć jednocześnie mówiła do siebie w myślach i tworzyła scenariusze tego, jakby wyglądało ich spotkanie po latach. Byłby miły czy wciąż na nią zły? Uśmiechałby się czy raczej marszczył brwi? Patrzyłby czy odwracał wzrok? Wiele niewiadomych kotłowało się w jej wciąż dziecięcym serduszku. Wiedziała, że to bez sensu, że go nie spotka, a nawet jeśli, to raczej nie przeprowadzą miłej rozmowy jak za czasów dzieciństwa.
Po prostu miała nadzieję, że kiedyś uda im się odbudować starą przyjaźń.
Zaczął jej się przez to śnić, a w snach był miły i uśmiechnięty, choć oczekiwała sarkazmu i nienawiści. Gdy zamykała oczy i pojawiał się on, czuła się jak księżniczka. Traktował ją delikatnie, jak jedyną kobietę w swoim życiu. Zastanawiała się, czy kochał kogoś po niej, czy jego dziecięce uczucie wciąż się tli, czy całkiem wygasło? Chciała to wiedzieć, ale nie mogła, dlatego chciała o nim śnić.
Czy była to zdrada? Nauczyła się mówić Clausowi „kocham cię” bez mrugnięcia, choć wiedziała, że to kłamstwo w końcu wyjdzie na jaw. Nie chciała go stracić, a zdawała sobie sprawę, że gdy tylko chłopak dowie się prawdy, zostawi ją, chociaż raz za razem powtarzał, że jest dla niego najważniejsza. 
Claus był egoistą, dla Nicka nie istniała. Dlaczego to właśnie dla niej przytrafił się taki dobór miłości. Chciała jednego, musiała trwać przy drugim. Rozum popierał Clausa, serce Nicolasa. I jak miała z nimi walczyć? 
Ostatecznie stwierdziła, że wolałaby chyba być sama.
Zerwała z Clausem, mówiąc mu bez ogródek, że już go nie kocha. Załamał się i wiele razy próbował nawiązać kontakt, ale Leia ignorowała go jak tylko mogła. W jej sercu nie znalazło się już miejsca na miłość.

W tym absurdzie obracam się, co jest kłamstwem, co prawdą jest?
W jaki sposób mam nazwać to?
Ciało me znów rozpala się…

Wyjechała, by zapomnieć, a gdy wróciła, stała się zupełnie innym człowiekiem. Już nie patrzyła na świat tak jak kiedyś, stała się zimna, małomówna. O ile kiedyś patrzyła ludziom w oczy bez przerwy, tak teraz kontakt wzrokowy omijała szerokim łukiem.

Twoje oczy są do życia zbędne, jednak chcę, byś mnie objęła…
Leia…

Zaczął się kolejny rok szkolny, nowi znajomi, nowa klasa. Nikt nie wiedział, jaka była kiedyś, jak pięknie się uśmiechała, ile radości sprawiało jej śpiewanie czy wspólna zabawa ze znajomymi. Nie chciała już niczego więcej czuć.

Jeśli nie ma Ciebie w naszym związku, nie ma szansy na to, byśmy trwali…

Niby teraz, a jednak kiedyś
– Leia? 
Akurat przyglądała się kartce urodzinowej ze ślicznym, uśmiechniętym liskiem, gdy ktoś zawołał jej imię. Obróciła się, a jej obleczone ciężkim, ciemnym makijażem oczy napotkały twarz Nicka. Patrzył na nią zaskoczony zmianą. Pamiętał delikatną dziewczynę o gęstych, brązowych lokach. Teraz stała przed nim dojrzała kobieta z czarnymi, krótkimi włosami. Poznał ją po znamieniu na kostce – literce E, którą miał przyjemność oglądać tyle razy, gdy dziewczyna zakładała spodenki i japonki.
Tym razem ubrała się podobnie, chociaż miała trampki i krótkie skarpetki, a do tego ciemną spódniczkę. Nie widział w niej tego dziecięcego entuzjazmu ani radości ze spotkania. Nagle przypomniał sobie, ile razy niespodziewanie uderzyła go patykiem w tyłek. Jak uśmiechała się, wymierzając cios. 
Dlaczego tak bardzo się zmieniła?
– Słucham? – zapytała z chłodnym wyrafinowaniem.
– Nie poznajesz mnie? To ja, Nick.
Poznała, ale nie chciała. Ta twarz była tak piękna jak u anioła, a jej serce znów biło szybciej niż powinno, znów okłamywało ją samą, twierdząc, że go kocha. A wcale tak nie było, ona nie potrafiła kochać. Nie po tym, co Nick jej zrobił.
– Pamiętam – znów odparła zimno, z powrotem przenosząc wzrok na kartki.
– Zawsze lubiłaś lisy – zagadał, nie chcąc się tak łatwo poddać. – Rysowałaś je na szybach samochodów stojących przed blokiem.
Nie odpowiedziała, zaciskając ukryte w kieszeniach dłonie w pięści.
– Jak ci się żyje, co, Leia? – Nick przechylił delikatnie głowę, patrząc na jej profil. Nie zauważył, gdy zrzuciła swój dziecięcy tłuszczyk, a na policzkach widoczne zrobiły się kości policzkowe, które dodatkowo podkreślała makijażem. Zresztą, kiedy miał to zauważyć, skoro nie widział jej tak długo.
Przeniosła na niego wzrok. O ile kiedyś potrafiła przez niego płakać, tak teraz nie uroniłaby żadnej łzy. Nie była już dzieckiem. Wyrzuciła z pamięci wszystkie wspomnienia z dzieciństwa.
– Chciałabym ci przypomnieć, że nie jesteśmy już przyjaciółmi.
I uśmiechnęła się. Uśmiechnęła tak pięknie jak jeszcze nigdy i wtedy to serce Nicka zabiło szybciej. Pamiętał ten wyraz radości, gdy razem biegali po śniegu i obrzucali się śnieżkami, gdy planowali podbój bazy innej grupy chłopców. Zawsze prowadziła ich na kolejną bitwę, uśmiechając się szeroko.
Ale tym razem nie została, ten uśmiech nie był jego. Odwróciła się, trzymając w rękach kartkę z lisem, po czym pomaszerowała do kasy, przywracając na usta stały, neutralny wyraz.

Zamknę się w sobie, myśląc, że…
Przyszłość zawita tu w kolorze łez.

A Nicolas stał tak jeszcze chwilę i przyglądał się jej odchodzącej postaci.

~~||~~

Odłożył pędzel i spojrzał na skończone dzieło. Długo nie mógł malować, wyrzucał płótno za płótnem, nie chcąc oglądać tych straszliwych bohomazów bez uczuć. Nawet dziecko potrafiło lepiej namalować słońce przebijające się przez chmury.
Teraz jednak patrzył na najlepsze dzieło swojego życia, podziwiając każde widoczne pociągnięcie pędzlem, dobór kolorów i barw, kontrast. Nie mógł uwierzyć, jak dobrze wyszło mu przejście między czernią a brązem, jak realnie odwzorował chłód i ciepło oczu, jak idealnie zarysował linię szczęki, gdy była jeszcze dzieckiem i tę teraźniejszą, dorosłą. Brązowe loczki spadające na policzki i proste kosmyki muskające dołeczek pojawiający się przy uśmiechu.
Właśnie, to uśmiech koronował cały obraz, dodając mu piękna. Szeroki, szczery, przy którym oczy robiły się węższe. Cóż z tego, że jeden pojawił się dzięki przyjaźni, a drugi dzięki jej zakończeniu? Chciał pamiętać oba, chciał trwać w przeświadczeniu, że należą do niego.
Poczuł szczupłe ramiona oplatające jego szyję, a potem ciepły oddech na policzku.
– Łał, niesamowite. To najpiękniejszy obraz, jaki kiedykolwiek widziałam.
Zamilkła na chwilę, oczekując chociażby „dziękuję”, ale malarz nie odpowiedział.
– Jaki nosi tytuł, Nicolas?
Mężczyzna nie odrywał wzroku od portretu przedstawiającego jedną i tę samą twarz, tyle że po przejściach, po latach życiowych doświadczeń, smutku i cierpień. Z jednej strony słodka dziewczynka o rumianych policzkach, z drugiej chłodna kobieta o niemal trupiobladej cerze. Jednak jemu złączenie obu wizerunków wydawało się naturalne, prawdziwe. Chciał pokazać, jak widział swoją przyjaciółkę. 
– Leia.

Jeden z shotów. Taki dramatyczny, ale cóż. xD
Tekst piosenki należy do Namae z youtuba, a tytuł piosenki to właśnie Leia. 

7/08/2015

Mając skrzydła, możesz wszystko


Laura siedziała przy wysokim stole i stukała palcami o idealnie wyczyszczony blat, przyglądając się, jak jej pięcioletni syn – Christian – pałaszuje tosta z serem. Niewielkie okruszki spadały na podłogę, lecz chłopczyk się tym nie przejmował.
Chris nie przypominał jej wyglądem. Czarne, lśniące włosy oraz niebieskie, iskrzące dziecięcą ciekawością oczy odziedziczył po ojcu. Za to osobowość miał Laury. Dobroć, którą było widać w każdym jego słowie, nazywano czasem anielską dobrocią, co nie odbiegało daleko od prawdy.
– Christianie – powiedziała Laura, a chłopiec przeniósł swoje duże, błękitne oczy na matkę. Podziwiał idealne rysy twarzy, jasne, upięte w kok włosy oraz ciepły uśmiech. – Będę musiała wyjść na trochę, a niania dziś się nie zjawi. Zostaniesz sam na godzinkę?
Chris przechylił głowę, ugryzł tosta, po czym pokiwał na znak zgody, przeżuwając z otwartymi ustami. Kobieta przewróciła oczami. Jej syn zachowywał się co najmniej lekceważąco oraz niechlujnie, ale czyż nie takie są dzieci? Czy to wilkołaki, czy to demony, czy to anioły, czy to ludzie – wszystkie zawsze zachowywały się tak samo.
Chris zsunął się z wysokiego stołka, tłustymi rączkami wymachując na prawo i lewo. Potem podbiegł do ogromnej, szklanej ściany willi i przyglądał się wzgórzom. Czasami bywał tam z niańką, jednakże nie pozwalano mu na zabawy. Zawsze chciał sturlać się w dół po stromych wzniesieniach, lecz wszyscy wokół twierdzili, iż to niebezpieczne. Chris jednak ich nie pojmował. Co może być niebezpiecznego i zagrażającego życiu w zabawie na świeżym powietrzu? Dla chłopca liczyła się wtedy tylko dobra rozrywka.
– W porządku, ja wychodzę – oświadczyła Laura, podchodząc do syna i całując go w policzek. Chłopiec zmierzwił jasne włosy matki, po czym uśmiechnął się tak uroczo, jak potrafią tylko dzieci. – Nie baw się gazem ani ostrymi przedmiotami. Wtedy dostaniesz nagrodę.
I jak to powiedziała, już jej nie było. Chris zawsze się zastanawiał, dlaczego dorośli tak często znikają. Albo nie nadążają za biegającymi wokół dziećmi, albo są zbyt zapracowani na krótką chwilę przerwy. Christian stwierdził, że nie chce dorastać, że dobrze mu tak, jak jest. 
Czarnowłosy rozłożył ręce i zaczął biegać dookoła, udając samolot. Przez parskanie obślinił sobie połowę twarzy, lecz czym jest ślina w porównaniu z dobrą zabawą? Niczym. Chris „poleciał” w stronę swojego pokoju i „wylądował” dopiero na swoim łóżku. Położył się na plecach i wpatrywał w pomalowany na granatowo sufit usiany żółtymi gwiazdkami. Imitacja nocnego nieba. Wydawała mu się w tamtym czasie taka piękna, taka cudna! Wywoływała w końcu zazdrość kolegów.
Chris wstał, podszedł do szafki i wyjął z niej kolorową książkę. Był to „Czerwony Kapturek”. Chłopiec chwycił w drugą rękę misia, a następnie usadowił się wygodnie w fotelu pełnym miękkich koców. Posadził misia na swoich kolanach, po czym otworzył ilustrowaną książeczkę, którą znał niemal na pamięć.
– Wiesz, misiu, to jest Czerwony Kapturek. To dziewczynka, jak moja mama – przemawiał Chris do misia, wskazując rysunek ubranej na czerwono dziewczyny. – Ale Kapturek jest ode mnie tylko trochę starszy, a mama ode mnie o dużo! – Chris przełożył kartkę i wskazał na kolejną ilustrację. – Misiu, to jest mama Kapturka. Jest bardzo dobra, ale ja wolę swoją mamę. Ciekawe, czy się znały. – Chłopiec znów przeszedł do następnego rysunku.
I tak oto Chris opowiedział pluszakowi z pamięci całą historię Czerwonego Kapturka, ubarwiając ją nieco w co ważniejszych scenach, aby miś zapamiętał bajkę na dobre. Choć minęło sporo czasu, Laura wciąż nie wracała.
Chris poczuł się swobodniej, nie będąc obserwowanym i postanowił dostać się na dach willi. 
Chłopiec wbiegł schodami na najwyższe piętro, znów udając samolot. Z jego twarzyczki wciąż nie schodził uśmiech. A kiedy stanął pod wysokimi, szklanymi drzwiami mimowolnie poszerzył go i pokazał mleczne zęby. 
Chris podskoczył i sięgnął klamki dopiero za ósmym, może dziewiątym razem. Jednak dzieciak ten, mimo swojej strachliwej osobowości, posiadał niezwykły upór. 
W twarz Chrisa uderzyło świeże, letnie powietrze. Poczuł zapach skoszonej przez ogrodników trawy. Promienie słońca głaskały go po twarzy niczym piórka. Zacisnął dłonie w piąsteczki i wyszedł na dach, z niepewnością stawiając każdy krok, jakby wszystko miało się zaraz zawalić albo, co gorsza, jakby Laura miała przekroczyć próg domostwa. 
Dach był idealnie równy, bez ani jednego wgłębienia bądź wzniesienia. Nic. Czarne podłoże zostało wyłożone miękką gąbką, przez co tłumiło odgłos kroków. Chris bał się podejść do krawędzi, ponieważ nikt nie pomyślał o poręczach, nie przewidziano takiej potrzeby, gdyż Chrisowi nie można było wchodzić tu bez opieki. Ale on znał zasady i doskonale wiedział, że znajduje się na wysokości pięćdziesięciu metrów i że gdyby spadł, straciłby życie. 
Chris podszedł do niewielkiego stoliczka stojącego na środku dachu, po czym usiadł w fotelu. To tu jego ojciec lubił wyjść na popołudniowe cygaro po pracy. Na brzegu znajdowała się donica z ledwie żyjącym kwiatem. Zostały mu tylko dwa liście, a i te powoli żółkły pod wpływem słońca i braku wody. Chłopiec nachylił się, po czym zaczął mruczeć pod nosem kołysankę, jakby wyczuwał, iż roślinka niedługo straci życie. Ostatnia piosenka na cześć życia i śmierci. 

Śpij, śpij, śpij
I nim nastanie świt
Wyruszysz w nieznane.

Tym, co przykuło uwagę chłopca, okazał się jednak niebieski ptak siedzący na brzegu dachu, pięć centymetrów od krawędzi. Chris zerwał się na równe nogi, po czym powoli zaczął podchodzić, a raczej sunąć w stronę zwierzątka. Wydawało mu się takie piękne i pełne uroku, jakby stworzone było tylko i wyłącznie do pozostania w bezruchu. 
Kiedy Chris znajdował się metr od ptaszyny, ta przechyliła łebek w jego stronę, zamrugała kilka razy ciemnym okiem, po czym wzbiła się w powietrze. Tylko coś było nie tak. Trzepot skrzydeł okazał się zbyt głośny jak na tak małe stworzenie. Chris spojrzał w górę, a następnie otworzył usta ze zdziwienia. 
Nad jego domem przelatywało najdziwniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widział. Był to człowiek. Chłopak, jeśli nie myliły go jego oczy. On leciał, a za jego plecami rozpościerały się olbrzymie, czarno-szare skrzydła, które uderzały o siebie, utrzymując właściciela w powietrzu.
Chris tak bardzo się zapatrzył, że nawet nie zauważył, kiedy jego nogi same zaczęły posuwać się do przodu, nieświadomie chcąc podążać za nieznajomą postacią. 
– Chris! – Krzyk Laury rozdarł niesamowitą ciszę. Christian zatrzymał się i odwrócił do tyłu, lecz zdążył zauważyć jedynie zapłakane oczy swojej matki. Poczuł, jak jej ramiona oplatają się wokół jego niewielkiego ciałka. Spojrzał w dół, a następie ujrzał to, co tak bardzo przeraziło jego matkę. 
Stał na samej krawędzi, ledwie centymetr od końca, centymetr od śmierci. 
Laura odciągnęła go aż do stolika, po czym wtuliła w synka, łkając tak bardzo jak nigdy w swoim życiu. A Chris gładził palcami jej włosy, szepcząc słowa pocieszenia, jakby to on był dorosły. Gdy Laura już tylko ciągała nosem, Chris zdobył się na odwagę zadać jedno pytanie, które dręczyło go od kilku minut. 
– Mamusiu? – wyszeptał chłopiec, patrząc w lazurowe oczy matki. 
– Tak, skarbie? 
– Anioły istnieją, prawda? – Chris przechylił głowę, lecz nie otrzymał odpowiedzi. Uznał to za „tak”. – A czy anioły, które są smutne, bo straciły mamusię i tatusia, mają ciemne skrzydła? 
Laura ściągnęła brwi, po czym wybuchnęła śmiechem. Był on udawany, ale chłopiec, który rzadko kiedy widywał swoją rodzicielkę smutną, niczego się nie domyślił. 
– Oczywiście, że nie – odpowiedziała wesoło i spokojnie kobieta, choć w ułożeniu jej ramion widać było napięcie. – Anioły nie istnieją, synku. To tylko bajki dla dzieci. – Powiedziawszy to, wstała i skierowała się w stronę drzwi, trzymając za rękę Chrisa. 
Jednak zanim chłopiec wszedł do domu, jeszcze raz odwrócił się do tyłu. Dostrzegł błękitne, niczym nieskalane niebo, nawet chmury nie śmiały wejść mu w drogę. Posmutniał odrobinę, a następnie zeskoczył z wysokiego progu na podłogę w korytarzu.



One-shot o jednym z bohaterów opowiadania Flanchrimesha.
No i szykuje się coś większego, zajrzyjcie do zakładki BSnWskN.

6/03/2015

Struna


Czerwiec, 2001r.
— Rinda!
Rinda, wbrew pozorom, nie był dziewczynką. Nie był, nigdy być nią nie chciał i raczej patrzył zdegustowany na panienki w sukienkach. Niestety, jego mama pochodziła z Łotwy i uparła się, by nadać jej synowi imię w jej rodowitym języku. I tak Rinda stał się Rindą, czyli Struną. Dlaczego właśnie struna? Miała ona dla obojga rodziców symboliczne znaczenie, ponieważ poznali się w sklepie muzycznym akurat przy stoisku ze strunami.
Ileż to chłopiec musiał się nacierpieć, zanim przylgnęło do niego Rin. W Polsce wszystkie dzieci nosiły takie pospolite imiona... W przedszkolu musiał spędzać czas z trzema aż Alicjami, dwiema Karolinami oraz czteroma Marcinami. Czasami, kiedy nauczycielka zwracała się tylko imieniem, cała czwórka podnosiła się z krzeseł, a potem patrzyli po sobie posępnie.
Rinda był jednak Rindą i nikt go nigdy z nikim nie podzielił.
Chłopiec spotkał swojego najlepszego przyjaciela w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Dobrze pamiętał, jak Daniel dosiadł się do jego stolika i zapytał, czy może pożyczyć twarzową kredkę. Rinda oczywiście się zgodził, uśmiechną się nawet, co do tamtej chwili zdarzało się dość rzadko.
Daniel wyglądał jak każde inne dziecko — nosił niebiesko-zielony plecak z Kubusiem Puchatkiem, często miał poczochrane włosy, ale w jego oczach zawsze czaiła się iskierka optymizmu, która wówczas udzieliła się Rindzie. To właśnie Daniel zaproponował, by zwracać się do Łotysza skrótem. Przyjął się on bardzo szybko.
I to właśnie Daniel wołał Rindę.
Chłopiec spojrzał na roześmianego przyjaciela ciemnymi oczami, które odziedziczył po ojcu. Zielona żaba zwisała tuż przed jego nosem i wlepiała w niego swoje ślepia. Zmarszczył brwi.
— Fu — skomentował, cofając się o krok. — Wyrzuć ją.
— Nie bądź dziewczyński, to tylko żaba. — Daniel podsunął płaza niebezpiecznie blisko Rindy.
— Ej, no, nasika na mnie!
Łąkę, na której spędzali to słoneczne, czerwcowe popołudnie, porastała bujna trawa. Sięgała chłopcom do bioder. Po ostatnich, obfitych deszczach wszystko rozmiękło, więc dzieciaki brodziły kaloszami w błocie, brudząc się i bawiąc w najlepsze.
— Żaby nie sikają.
— Sikają! Tata mi powiedział.
W oddali zamuczała czyjaś krowa, na co obaj wybuchnęli śmiechem, po czym zaczęli naśladować jej odgłosy. Daniel wyrzucił żabę, dzięki czemu Rinda odetchnął z ulgą. Oślizgłe stworzenia budziły w nim niemałą odrazę.
— Muuu.
— Muuu.
Biegali dookoła, śmiejąc się i mucząc. Ale jak to dzieci. Siedmiolatki rzadko kiedy przejmowały się życiem dorosłych.

Grudzień, 2007r.
Śnieżne płatki powoli zlatywały z nieba, tańcząc przy tym angielskiego walca, by po chwili przysiąść na czerwonej czapce i zniknąć na zawsze. Rinde, wsuwając ciut przydługie (nie przepadał za fryzjerami), czekoladowe pasma za szalik, dostał śnieżką w twarz.
Otrzepał się ze śniegu, ulepił kulkę i ruszył w pogoń za swoim rozgrywkowym wrogiem. Zaczaił się za drzewem, wymierzył, a następnie trafił prosto w tyłek.
— Niech ci dupa zamarznie! — krzykną za Danielem, sam robiąc unik.
Lekcje się już skończyły i większość dzieciaków biegała teraz po placu, obrzucając się śniegiem, wywracając się na ziemię, krzycząc i bluzgając na prawo i lewo.
— Rinda! — krzyknął ktoś, a gdy chłopiec się odwrócił, dostał w twarz.
— Zemszczę się!
Potyczka trwała aż do zmroku. Kościelny zegar wybił szesnastą. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej.
Miodowe włosy wysunęły się spod czerwonej czapki.
— Odprowadzić cię? — zaproponował Daniel, kiedy już znaleźli się na rozwidleniu dróg i każdy musiał iść w swoją stronę.
Rinda nie wiedział o rodzinie przyjaciela nic. To raczej on przyjmował gości, ponieważ rodzice — przeklęci muzycy — nieczęsto bywali w progach swojego mieszkania, odkąd Rinda skończył jedenaście lat. Matka zostawiała obiad w mikofalówce i radź sobie sam, synku, jesteś już duży. Ileż to razy chciał złapać matkę za rękaw i powiedzieć, by została, bo ma już dość odgrzewanego jedzenia, cichych wieczorów i nocy wypełnionych brzdękiem gitar.
— Nie, dam sobie radę — odpowiedział, choć bardzo chciał, aby Daniel do niego poszedł, został na herbacie. Mogliby razem pograć w planszówki, powygłupiać się albo podręczyć opasłego kocura sąsiadki, który często siadał na nieswoim podjeździe.
Chłopiec zrobił krok do przodu.
  W takim razie do jutra! —  Daniel uśmiechnął się, wcale nie będąc złym, po czym pomachał na pożegnanie.
  Do jutra! —  Rinda odwzajemnił gest.
I obaj ruszyli swoimi drogami. Wcale nie różnili się tak bardzo, jak mogłoby się spodziewać. Ale Daniel nie chciał zdradzać Rinowi, że gdy wraca do domu, musi usiąść przed pianinem i grać, aż jego matka nie uzna, iż utwór wyszedł zadowalająco.
— Pieprzeni znawcy się znaleźli — mruknął pod nosem na myśl o kolejnych nutach.
Niejednokrotnie palce drętwiały mu od wysiłku, niejednokrotnie musiał znosić wrzaski, ale co mógł zrobić? Przecież nie uciekłby z domu. Musiał to przetrwać. Znajomość z Rindą bardzo mu pomagała.
  Wróciłem —  oświadczył markotnie miodowowłosy, wkraczając do kuchni.
Jego matka, blondynka o orzechowo-zielonych oczach, postawiła przed nim talerz z obiadem. Jak zwykle ubrała ciemną sukienkę, jakby ten kolor zajmował całą szafę, choć Daniel wiedział, że posiadała piękne, kwieciste kreacje.
Nie powiedziała nic na jego niemal półtoragodzinne spóźnienie. Wszystko prócz muzyki traktowała z przymrużeniem oka. Liczyło się tylko pianino.
Wszystko zaczęło się od śmierci ojca chłopaka. Pani Niedzyńska wpadła w depresję. Ale nie, nie udała się do lekarza specjalisty po pomoc, stwierdziła, że uda się jej wyjść z obsesji. Słono się jednak pomyliła. Zaczęła widzieć w swoim synu męża, pianistę. Zaczęła wymagać niemożliwego, zatrudniała nauczycieli, stawiała surowe zasady. Daniel m u s i a ł nauczyć się czytać z nut i płynnie grać w ciągu miesiąca, kiedy miał ledwie osiem lat. Niemożliwe? A jednak się udało. Po tym wszystkim już nigdy szczerze nie uśmiechał się, słysząc muzykę. Wolał ciszę, spokój. Dlatego tak bardzo lubił odwiedzać Rindę. Tam nikt nigdy nie grał.
Chłopiec zjadł obiad, ledwo przełykając kawałki kurczaka. Wiedział, że dziś nie skończy zbyt wcześnie.

Luty, 2010r.
Wspaniały, dwupiętrowy tort. Tylko dla nich dwojga. No, trojga, ponieważ tym razem ojciec Rindy raczył pojawić się w domu. Matki jednak znów nie było.
Szesnaste urodziny powinno obchodzić się jak najlepiej. Po pierwsze: mieć przy sobie najlepszego przyjaciela. Po drugie: szeroko się uśmiechać. Po trzecie: zjeść cały tort jednego wieczoru.
Chłopcy spełnili już dwa pierwsze warunki, teraz właśnie zabierali się za realizację trzeciego i aż oblizywali usta na myśl o słodyczy, jaka zaraz wypełni ich usta.
— Dobra, poradzicie sobie, prawda? — zapytał ojciec, patrząc raźnymi, ciemnymi oczami. Daniel i Rin pokiwali głowami. — W porządku. Daniel, wątpię byście poszli dzisiaj spać, ale w razie potrzeby masz wolną kanapę w salonie. Rinda wie, gdzie znaleźć czystą pościel.
— Tato, nic się nie martw, jestem już dużym chłopcem. — Mówiąc to, chciał wygonić ojca z domu, by jak najszybciej zostać sam na sam z przyjacielem.
Kiedyś kazałby mu zostać, ale nie teraz, kiedy nauczył się, że w rzeczywistości nie może liczyć na rodziców.
Mężczyzna pokręcił głową, złożył upokarzający pocałunek na czole syna (zawsze był czulszy niż jego żona), po czym wyszedł, trzaskając drzwiami, ponieważ nie miał czasu, by przystanąć i cicho je zamknąć.
Przez okno Rinda obserwował, jak samochód odjeżdża. Odszedł jednak dopiero, gdy zniknął za oddalonym o kilometr zakrętem. Uśmiechnął się pod nosem i odwrócił do Daniela.
 — To na co masz ochotę najpierw? — zapytał brązowowłosy. Jego miodowe włosy z czasów szkoły podstawowych bardzo szybko ciemniały. Za szybko. Szatyn zastanawiał się, czy zmiana ta nie jest przypadkiem wywołana farbowaniem.
— Otwórzmy prezenty.
Zabrawszy tort i dwie łyżeczki, udali się na górę, do sypialni Rindy. Na łóżku leżały trzy duże, owinięte ozdobnym papierem paczki. Pierwsza była od rodziców. Po otwarciu na jubilata spoglądała piękna, czarna, akustyczna gitara. Przytulił ją mocno, a potem ułożył na kolanie i zagrał kilka dźwięków. Okazała się jednak rozstrojona, mógł się tego spodziewać.
Odkąd zaczął gimnazjum i pogodził się z faktem, że jego rodzice to zawodowi muzycy i nie będą mu poświęcać tyle czasu, ile inni rodzice swoim pociechom, postanowił pójść w ich ślady. I zakochał się w gitarze. Sam nauczył się grać — najpierw korzystał ze sprzętu matki, potem z ojca, czasem zakradał się do szkolnej kanciapy muzycznej. Teraz jednak miał swoją pierwszą, własną gitarę i zamierzał zrobić z niej użytek.
Drugim prezentem był koc od babci i dwie butelki czerwonego wina od dziadka, który co roku powtarzał, jaki to Rinda jest dojrzały. Musiał pomylić roczniki i stwierdzić, że wnuk kończy osiemnaście lat.
Daniel spojrzał na trunek, wymownie poruszając brwiami. Za twoje zdrowie, dziadku, pomyślał Rin.
Trzecią paczkę dostał od Daniela i to ona stanowiła największą zagadkę. Szatyn spojrzał teraz w oczy swojego najlepszego przyjaciela, tak piękne, ciepłe, przyjacielskie i nieco zmarkotniał. Trwał ich ostatni wspólny rok. We wrześniu każdy miał pójść w swoją stronę, zostawić za sobą przeszłość, uśmiechać się do obcych ludzi i zaskarbiać sobie nową przyjaźń.
Rinda nie wiedział, jak sobie poradzi. Znał Daniela zbyt dobrze. Zdołał poznać wszystkie jego tajemnice, choć niektóre wymagały dogłębnego spojrzenia w jego życie, zarwane noce, a nawet podkradanie się pod dom przyjaciela. Nauczył go, że muzyka wcale nie rani, tchnął w niego nowe życie i miłość do rocka.
— Wszystkiego najlepszego!
Nim Rinda zdążył nacieszyć oczy najnowszą płytą i koszulką swojego ulubionego zespołu, został popchnięty na łóżko. Usta Daniela odnalazły jego wargi i złączyły się w pocałunku.
Jak długo trwał ich związek, jak lubił nazywać to Daniel? Rin nie pamiętał. Ich pierwsze czułe gesty zaczęły się już w pierwszej klasie gimnazjum, ale były tak naturalne, że żaden z nich nawet nie pomyślałby, że doprowadzą do czegoś takiego.
— Straćmy dzisiaj cnotę — wyszeptał Daniel Rindzie, łaskocząc skórę pod uchem ciepłym oddechem. Szatyn oblał się rumieńcem, na szczęście niewidocznym w przyćmionym świetle lampki. — Tak bardzo cię kocham...
Rin wiedział, prze przyjaciel mówi prawdę. Ale się bał. Bardzo się bał. Nigdy sobie nawet nie wyobrażał, że pocałuje chłopaka, a co dopiero pójdzie z nim do łóżka! Internet mówił zbyt wiele jak na jego wciąż niedojrzały umysł i wyłączał każdą stronę, która proponowała filmy lub zdjęcia. Kochał jednak Daniela i chciał, by ten był szczęśliwy.
— Tylko bądź delikatny — wyjęczał między pocałunkami.

Lipiec, 2015r.
Czarne, mocno wycieniowane włosy ułożone w fikuśny sposób, ciemne ubranie, wiecznie niezadowolony wzrok. Ktoś, kto znał kiedyś Rindę, nie dojrzałby w nim tego dawnego, świetlanego chłopca. Nie teraz, gdy jego twarz zdobiły kolczyki, a glany zostawiały na sklepowej podłodze błotne ślady.
Muzyk skierował się w stronę stoisk ze strunami. Stwierdził, że czas je w końcu wymienić.
Po sklepie kręciło się kilkoro dzieciaków. Oglądali gitary, skrzypce, flety poprzeczne. W ich oczach wszystko było takie piękne. Rinda doskonale to wiedział, sam przechodził ten stan, gdy zaczynał grać w zespole. Jednak po dwóch latach zdążył do wszystkiego przywyknąć.
Przy strunach kręcił się normalnie ubrany facet. Facet? Nie, Rin nie mógł go tak nazwać, musiał być w jego wieku. Na biodrach zwisały mu ciemne jeansy kontrastujące z białą bluzką. Młody dorosły nie wyglądał też nadzwyczaj oryginalnie. Ot, jasne, wygolone po bokach włosy i niby grzywka opadająca lekko na bok. Rinda widywał setki takich jak on na ulicach.
A jednak kiedy zatrzymał się przed stoiskiem, przyjrzał mu się dokładnie. Miał poharatane palce i ledwie widoczną bliznę na policzku, tuż obok ucha.
Czyli normalny nastolatek. A jednak zdawało mu się, że znał tę ranę.
Nie chcąc wyjść na niegrzecznego, odwrócił wzrok.
— Widzę, że szybko wyrzuciłeś mnie z pamięci — mruknął ciężki, męski głos. Rinda spojrzał zdziwiony na klienta. — Nie sądziłem, że nie rozpoznasz mnie na ulicy, Rin. — Obcy zaakcentował skrót bardzo dobitnie, po czym przeniósł swoje bystre oczy na twarz starego przyjaciela.
— Daniel?
Rinda nie spodziewał się, że go spotka. Już dawno przestał żyć nadzieją, że jasnowłosy wróci z Anglii. Tak, matka Daniela wysłała go za granicę, by tam uczył się gry na pianinie. Zrozpaczony wówczas Łotysz zerwał z przyjacielem kontakt, by zaleczyć złamane serce. Teraz jednak, patrząc w dojrzałą twarz Daniela dostrzegł, jak bardzo się mylił.
— Zabolało, kiedy twoi rodzice oznajmili, że wyjechałeś. Specjalnie postawiłem się matce, a ty... Zniknąłeś. Przez swoją decyzję zniszczyłem więź z rodziną, musiałem nauczyć się żyć sam. — Pokręcił głową. — Ale nie jestem na ciebie zły. Najwyraźniej tak musiało być.
— Daniel! — Przy stoisku zjawił się kolejny chłopak, wysoki, z czarnymi, krótkimi włosami. Uśmiechał się szeroko w stronę pianisty.
— Kuba. — Daniel odwzajemnił gest. — Poznaj Rindę, mojego przyjaciela z czasów szkolnych. Rinda, poznaj Kubę, mojego chłopaka.
Rin uniósł kąciki ust w nikłym, nieszczerym uśmiechu.

Listopad, 2017r.
W restauracji przygaszono lampy, jedynym źródłem światła były zapalone na stolikach świeczki. Na ustawionym na scenie krzesełku usiadł Daniel. Uśmiechnął się do widowni, po czym oparł czarną, akustyczną gitarę na kolanie. Gdyby nie dawna przyjaźń, z całą pewnością jeździłby teraz po świecie i dawał koncerty, grając na pianinie. On jednak nigdy nie lubił uderzać w klawisze. Odkąd zakochał się w pociąganiu strun, żaden inny instrument nie grał roli.
— Cześć, dobry wieczór wszystkim — powiedział do mikrofonu, rozglądając się po ledwo widocznych twarzach zebranych. Nie przeszkadzało mu, że śpiewał do kotleta, dopóki dostawał głośne owacje. — Chciałbym powitać was w naszych skromnych progach oraz urozmaicić państwu dzisiejszy wieczór piosenką prosto z serca. — Brzmiał tak szczerze, tak lekko i ciepło, że nawet największy buntownik przeniósłby wzrok w jego stronę. — Pierwszą piosenkę chciałbym zadedykować mojej Strunie. Przyjacielowi, który pokazał mi, że muzyka nie rani, a przynosi ukojenie. Gdyby nie on, nie siedziałbym tutaj z wami.
Gdy zaczął grać, umilkły nawet najcichsze szepty. Palce Daniela zgrabnie przeskakiwały z akordu na akord, przyzwyczajone już do strun opuszki muskały je delikatnie.
A w najbardziej odległym rogu sali, odgrodzony od wszystkich kwiecistym parawanem, siedział Rinda ubrany w garnitur. I słuchał, zajadając się karpatką.   


Zamówienie dla Pina Colady. Mam nadzieję, że wyszło całkiem w porządku. .w. Mnie pisało się go całkiem przyjemne, tematyka w sam raz. Niby opowiadanie jest takie wyrwane z kontekstu, ale zawiera całkiem fajną historię.